„Road Trip: Bliski Wschód”, to nie jest kolejny przewodnik po Dubaju

„Road Trip: Bliski Wschód”, to nie jest kolejny przewodnik po Dubaju

Śmiało, oceniaj książkę po okładce, zapłaciłeś za to.

Pierwsze wrażenie możesz zrobić tylko raz. Road Trip: Bliski Wschód to po prostu bardzo ładnie wydana książka. Sztywna matowa oprawa podkreśla ogólną estetykę, do której przyzwyczaiła nas redakcja Motóra. Krzysztof Ostrzeniewski zrobił świetną robotę z ilustracjami. W grafikach wewnątrz książki ukryto reklamy Yokohama Polska i Maserati Pietrzak. Słowa uznania w stronę kogoś kto to wymyślił. Zdjęcia wykonane przez Michała Gąsiora, autora książki, zostały umieszczone na samym jej końcu, a nie w treści. To przypomina budowę blogowego artykułu i nie rozprasza podczas czytania. Fotografie są sytuacyjne, wyciągnięte prosto z życia i to jest świetne. Niepotrzebny jest zatem cały rozdział ze zdjęciami pochodzącymi ze stocka. Przypominają mi one rozmowę z Jurkiem Adamuszkiem na temat jego książki Wyrachowane szaleństwo. Wspomniał wtedy, że już po jego rekordowym przejeździe przez obie Ameryki razem z wydawcą dodawali zdjęcia od różnych autorów, a było to podyktowane ograniczonymi możliwościami technicznymi podczas samej podróży. Ale były to lata 80. XX wieku! Przekartkowując książkę od razu docenicie przyjemny matowy papier i czytelny prosty skład tekstowy.

Michał Gąsior uwielbia porównania.

Ta książka jest jak cebula. A cebula ma warstwy. Przez pierwszą część ciężko było mi przebrnąć i trochę mnie męczyła. Nieustanne przypominanie, że autor podróżuje Maserati. Maserati bez dachu. Maserati z dachem. Maserati warczy. I oczywiście, jak przy każdym włoskim samochodzie, porównanie Maserati do kobiety. Męczące, bo już z informacji na okładce wiadomo, że Maserati jest mecenasem tego wydania. Do tego, co wprost wynika z treści, opisywane przygody miały miejsce siedem lat przed wydaniem książki, a już wtedy kabriolet Michała, zupełnie przez przypadek, poruszał się na japońskich Yokohamach. W końcu pisał to specjalista od marketingu.

Odzieram te warstwy cebuli dalej.

W naturze tak to nie działa, ale z każdą kolejną warstwą oczy jakoś mniej szczypią. Na samym początku zastanawiałem się, dlaczego tytuł łączy w sobie dwa języki. Czytając mi w myślach, autor sam podejmuje się wytłumaczenia tego zagadnienia przywołując słynne road tripy z różnych okresów motoryzacji. Wertuję kolejne strony z nadzieją, że porozmawiamy też o wspaniałych polskich inicjatywach. I się zawodzę. Ani słowa o tym, że wyprawy samochodowe, to istotny element polskiej kultury motoryzacyjnej. Lipiec 1987 roku i podróż Stanisława Grodzkiego do Paryża. Benzynowa eskapada Zdzisława Kleszczyńskiego w 1928 roku po granicach II RP. Wyprawa dookoła świata Jerzego Jelińskiego z lat 1926 – 1928. Tuziny objazdówek po Europie i Afryce z okresu międzywojennego. Zabrakło tego, a przecież taka publikacja to doskonała okazja, aby kultywować pamięć o tych wydarzeniach. Co więcej, mogłyby pomóc autorowi w odnalezieniu odpowiedzi na stawiane sobie w tym rozdziale pytania.

Michał, ale tak szczerze.

Im dalej jedziemy razem z Michałem przez upalny Bliski Wschód, tym lepiej się dogadujemy. Jest taki moment, w którym coś się przełamuje. Zaczynam autentycznie czerpać przyjemność z tej wspólnej przygody. W trakcie jednego road tripa, autor zabiera nas w podróż po licznych wspomnieniach z obszernego okresu swojego życia. Pojawiają się błyskotliwe rozważania. Barwne obserwacje opatrzone ciekawymi porównaniami. Smaki potraw, szalone imprezy i religijne uniesienia. Radość z prostych relacji z ludźmi. Gąsior dalece wychodzi poza tematy motoryzacyjne, choć te oczywiście są spójną osią wszystkich wydarzeń. Nasz przewodnik wręcz przysiada się do nas i razem z nami zaczyna skubać cebulę. To wszystko z widokiem na zachodzące nad pustynią słońce. Autor jest bezlitosny dla obłudy, sztuczności i megalomani arabskich emirów. Warstwa po warstwie odsłania śmieszność kuriozalnego bogactwa i hipokryzję lokalnych społeczności. Przypomina to demaskowanie retuszowanych zdjęć modelek z Instagrama. A kobiety z pewnością nie umykają licznym obserwacjom.

Czy warto wydać 50 zł?

Warto, bo to bardzo uczciwa cena. Czy dobrze, że polski oddział Maserati postawił na tę współpracę? Zdecydowanie tak. Powiem więcej, ta książka powinna być wzorem jak realizować takie kolaboracje i przez kulturę trafiać do polskich petrolheadów. Jak oceniam tę lekturę? Odpowiem przewrotnie. Michał wspomina o swoim barwnym koledze Charlesie, który moim zdaniem był istotnym impulsem do powstania tej książki. Lektura jest dobra gdy popycha do czegoś, fatalna jeśli nie pozostawia żadnej refleksji. Swoją wizytę w libańskiej restauracji mam już zarezerwowaną na przyszły tydzień. Natomiast piaski Omanu, które kuszą mnie od dawna, zdają się teraz na wyciągnięcie ręki, wprost czuć jak zgrzytają między zębami.