Tadek Marek: wojenne losy inżyniera [CZ. 4]
Wielu entuzjastów marki Aston Martin słyszało o nim, może nawet wie, że był Polakiem, ale nawet w Polsce ze świecą szukać osób, które zdają sobie sprawę, że przed wojną Tadeusz Marek był doświadczonym kierowcą rajdowym, wielokrotnym uczestnikiem Rajdu Monte Carlo. Odtwarzając jego przejazd do Monako z 1939 roku, ekipa ŚnG wybierze się w podróż na tej samej trasie w Oplu Olympia z 1938 roku.

Ostatni taki rajd
Po rajdowych sukcesach Tadeusza Marka w 1939 roku już żadnych rajdów nie było. Marek znalazł się w wojsku, lecz chyba nie zdołał wziąć udziału w walkach – internowano go w Rumunii. Niespokojny o los swojej dziewczyny, która pozostała w części Polski okupowanej przez Sowietów, szukał sposobu, by ją odnaleźć. Spotkany w Rumunii kolega powiedział Markowi o dyplomacie z ambasady Rzeszy Niemieckiej (!), który zajmował się współpracą z Rosją Radziecką na terenach polskich, wspólnie okupowanych przez nazistów i komunistów i który, za odpowiednią opłatą, wypożyczał swój służbowy samochód oraz stosowne przepustki, pozwalające Niemcom na wjazd do radzieckiej strefy okupacyjnej – może nie do końca był wierny hitlerowskiej ideologii? Tego nie wiadomo. Nie po raz pierwszy w życiu radząc sobie w trudnej sytuacji, Marek zdobył fałszywy dokument tożsamości i pojechał niemieckim wozem na Kresy. Perfekcyjny berliński dialekt, nabyty podczas studiów na politechnice, pomógł w uwiarygodnieniu mistyfikacji. Niestety dziewczyny nie udało mu się odnaleźć, za to przemycił do Rumunii kilku Polaków, którzy chcieli przyłączyć się do armii.

James Bond z Polski
Ktoś w polskiej ambasadzie w Bukareszcie musiał dowiedzieć się o pomysłowości i odwadze inżyniera, zlecono mu bowiem zorganizowanie i przeprowadzenie do Paryża, dokąd przenosił się rząd na uchodźstwie, kolumny 20 samochodów polskiego korpusu dyplomatycznego. Podróż przez Europę nie była łatwa, ale prawdziwy kryzys pojawił się na granicy węgiersko-jugosłowiańskiej. Pogranicznicy zatrzymali dyplomatyczną kolumnę. I wtedy Tadeusz rozpoznał oficera, który dwa lata wcześniej stemplował mu paszport podczas zlotu gwiaździstego do Rajdu Monte Carlo! Zawodnicza przeszłość Polaka okazała się silniejsza od politycznych nacisków.

Auta bezpiecznie dotarły do Paryża, a Marek natychmiast udał się w Pireneje. Wieść niosła, że uruchomiono tam fabrykę silników lotniczych Hispano-Suiza, która na gwałt potrzebuje inżynierów. Gdy dotarł na miejsce, rzekoma fabryka okazała się drewnianą szopą, a zapotrzebowanie na fachowców – mitem. Wrócił jak najrychlej do Paryża i zastał miasto w początkach ewakuacji: sytuacja na froncie była już beznadziejna. Celem stało się przedostanie do Wielkiej Brytanii, ale jedyna możliwa jeszcze droga wiodła przez Hiszpanię i Afrykę Północną (dokładnie tak, jak mówi scenariusz filmu „Casablanca”). Ruszył zatem natychmiast w drogę z sześcioma kolegami, jednym samochodem. Trudności w pozyskiwaniu paliwa dobrej jakości sprawiły, że w Madrycie silnik wymagał remontu – drobiazg, Marek poradził sobie z nim błyskawicznie i niedługo potem grupa Polaków znalazła się w Casablance.
Jeden guzik na Maroko
Zupełnie jak w kultowym filmie z Bogartem, transport do Wielkiej Brytanii okazał się bardzo trudny do zorganizowania. W dodatku pojawiła się dodatkowa przeszkoda: uciekinierom skończyły się pieniądze. Polacy nigdy się nie poddają, zatem Marek i spółka niebawem uruchomili warsztacik, produkujący masowo towar deficytowy na lokalnym rynku: guziki do odzieży. Wytwarzali je z zużytych płyt gramofonowych. Dobra passa trwała krótko, aresztowano ich bowiem za pracę bez stosownego zezwolenia. Tu szczęście uśmiechnęło się do Polaków: komendant więzienia okazał się sympatykiem de Gaulle’a i pomógł im skomunikować się z brytyjskim konsulem w Tangierze, czego efektem była szansa na opuszczenie więzienia i ewakuację do Wielkiej Brytanii. Kilka miesięcy czekania na statek do Anglii przedsiębiorczy Polacy spożytkowali na zyskowną produkcję mydła z odpadowego tłuszczu rybiego.
Czołgiem!
Starszy szeregowy Marek dotarł wreszcie do Anglii w 1941 roku i tam skierowano go do brytyjskiej jednostki badawczo-rozwojowej, która najprawdopodobniej pracowała nad nowym czołgiem, którym zapewne był późniejszy Centurion z silnikiem Meteor, wywodzącym się z lotniczego silnika Rolls-Royce Merlin. Niewiele wiadomo o życiu Marka w tym okresie, oprócz tego, że mieszkał w Finchley (gdzie bezpośrednie trafienie bomby nie tylko zniszczyło mu mieszkanie, ale także zmarnowało garnek świeżo ugotowanej polskiej zupy), miał tymczasowy stopień majora (dla ułatwienia kontaktów z wrażliwymi na szarże Brytyjczykami), a także poznał swoją przyszłą żonę. Nie udało mi się znaleźć żadnej dokumentacji dla tego okresu jego życia – może stosowne archiwa nadal pozostają tajne? Gdy nadarzy się okazja, na pewno poszukam informacji w londyńskich archiwach Instytutu Sikorskiego tudzież w państwowych brytyjskich archiwach w Kew.

Proza emigracyjnego życia
Gdy wojna się zakończyła i w Polsce oraz reszcie Wschodniej Europy u władzy zakotwiczyli się przysłani z Moskwy komuniści, Marek pogodził się z życiem na wychodźstwie. Na ochotnika zgłosił się do pracy w U.N.R.R.A., organizacji, która dostarczała pomoc humanitarną do zniszczonych wojną krajów Europy, w tym dla rozproszonych po całym kontynencie polskich uchodźców o statusie bezpaństwowców (Displaced Persons). Został skierowany do Niemiec, gdzie w pracy pomagały mu trzy czynniki: wielkie serce, odważna żona i perfekcyjny berliński niemiecki. Przez 18 miesięcy niósł pomoc ludziom znajdującym się na terytorium niedawnego wroga, udowadniając, że rozumie, iż naturalną konsekwencją pracy przy konstruowaniu broni jest konstruowanie pokoju. Oboje z żoną musieli nosić broń, powojenne Niemcy były bowiem dzikim, niebezpiecznym krajem. Zadanie w U.N.R.R.A. wykonał jednak Marek do końca, pomimo zagrożeń i wielu trudności.
Przeczytaj pozostałe części życiorysu inż. Tadeusza Marka.
Autor tekstu: Piotr R. Frankowski