Piotr R. Frankowski – DZIENNIKARZE I UZURPATORZY

Piotr R. Frankowski – DZIENNIKARZE I UZURPATORZY

Zostałem dziennikarzem trochę z przypadku, zresztą przez wiele lat powstrzymywałem się od nazywania siebie w ten sposób. Wydawałem się sobie niegodny tego miana, nie widziałem w sobie człowieka na poziomie Boba Woodwarda, na poziomie zdobywców Nagrody Pulitzera (poza gnidą Durantym oczywiście, bo on żadnym wzorcem nie jest), swoje pisanie o muzyce, samolotach czy samochodach uważałem bowiem za takie trochę niepoważne. Prawdziwymi dziennikarzami byli zawsze ci inni goście, dociekający prawdy w polityce, zmieniający kurs rozwoju narodów, broniący szarych ludzi przed zakusami oligarchów. Nie ja.

Autor tekstu za kierownicą Bittera CD (fot. Bartłomiej Szyperski)

Zawsze coś pisałem

Już w dzieciństwie nieporadnie gryzmoliłem swoje przemyślenia gdzie popadło. Wczesne lata dziecinne spędziłem głównie na chorowaniu. Wtedy jeszcze pracowało się sześć dni w tygodniu, więc gdy byłem chory, w soboty mama zamykała mnie na klucz w mieszkaniu, zostawiwszy termos herbaty i jedzenie. Spędzałem mnóstwo czasu w samotności i bezmyślnie obracanie w dłoniach zabawek – których zresztą nie miałem zbyt wiele – nudziło mnie niemiłosiernie. W domu były tony książek ojca, ale ja nie umiałem czytać. Poprosiłem za którymś razem matkę, by pokazała mi litery. Miałem wtedy mniej więcej cztery lata.

Prób czytania nie rozpocząłem od książeczek dla dzieci, bo takowych w domu nie było. W nienagannym ordynku stały za to na półkach książki mojego ojca, głównie traktujące o lotnictwie (przez większość życia latał w aeroklubie), ale także sporo powieści oraz książek opisujących historię drugiej wojny światowej. Na pierwszy ogień poszła encyklopedia wiedzy o lotnictwie, zatytułowana „Lotnictwo. Ilustrowana encyklopedia dla wszystkich”, wydana przez Wydawnictwo Naukowe i Techniczne, ważąca pełny kilogram. Zacząłem ją czytać od „A”.

Autor tekstu podczas jazdy Porsche 959 z Muzeum Porsche (fot. Bartłomiej Szyperski)

Było ciężko

Nie od razu wiedziałem, co to jest aerodyna, albo usterzenie motylkowe, ale stopniowo, głównie w drodze analizy tego, przez co już mozolnie przebrnąłem, rozumiałem coraz więcej. Następne książki już poszły łatwiej. Choć potem zacząłem czytać inne książki, zawartość lotniczych została w mojej pamięci, jestem bowiem posiadaczem prawdziwego przekleństwa w postaci pamięci ejdetycznej. Przydał się ten bank danych w 1979 roku, gdy po rozmaitych perypetiach wygrałem w TVP teleturniej o historii lotnictwa polskiego pod tytułem „Od Tańskiego do Hermaszewskiego”. W wieku lat 13. Choć Główny Zarząd Polityczny Wojska Polskiego zażądał, by w finale zwyciężył żołnierz przebrany w cywilny garnitur.

Nie tylko o samochodach

Początkowo jakieś pożałowania godne gryzmoły, w wieku mniej więcej siedmiu lat opowiadania. Daleki w nich byłem od wyżyn intelektualnych, zawsze nosiły piętno raczej brutalnego realizmu. Wiedziałem, że na literackiego Nobla liczyć nie mogłem. Ale… odkryłem dość szybko, że pisanie, wymyślanie historyjek, budowanie zdań sprawia mi ogromną przyjemność. Daje poczucie władzy nad nieposłuszną materią, a zarazem wrażenie wolności – bo tylko ja wiedziałem, jak niewielki skrawek wyobraźni ujawniam światu zewnętrznemu. Gdy miałem 16 lat, zacząłem zarabiać tłumaczeniami, tłumaczyć programy telewizyjne, pisałem do różnych czasopism. Artykuł o konstrukcji magnetowidów systemu Video 8 mm, opublikowałem w miesięczniku Radioelektronik w 1987 roku. W latach 1990-1991 pisałem w miesięczniku Rock’N’Roll, o technikach rejestracji dźwięku. Dawno jak cholera.

Potem pracowałem w skandynawskim wydawnictwie – alternatywą było uczenie angielskiego w szkole na prowincji – i tam w wyniku zbiegu okoliczności (lub interwencji niebios) zaproponowano mi doprowadzenie do wydania pisma o samochodach w ekspresowym tempie. Za tworzenie owego pisma płacono już innemu Polakowi, dziennikarzowi z wcześniejszego pokolenia, od wielu miesięcy, ale nie zrobił niczego. Były to początki drapieżnego kapitalizmu w Polsce, biznes wydawniczy nowej epoki znajdował się ledwie w stanie larwalnym. Nie myślałem już od lat o pracy dziennikarskiej czy pisarstwie, ale Szwed na drugim końcu telefonicznego połączenia zaproponował, że jeżeli skończę numer i wyślę do składu w dwa tygodnie, zostanę redaktorem naczelnym miesięcznika „Motor Hobby”. Dałem radę i tak już zostało.

źródło: archiwum prywatne Piotra R. Frankowskiego

Nie było na czym się wzorować

Pisma z epoki PRL miały w sobie partyjną siermiężność, pisano je językiem obarczonym bagażem autocenzury i rzeczywistej, państwowej cenzury, zdjęcia zagranicznych samochodów (z wyjątkiem aut sprowadzanych jako „wzorce” dla władz) wycinano z zagranicznych publikacji, bo za komuny nikogo nie obchodziła ochrona praw autorskich. Znałem pisma zagraniczne, były tak odlegle od naszej rzeczywistości jak Mars od Pcimia. Bardzo chciałem stworzyć pismo, które różniłoby się od wszystkiego, co wówczas wydawano. Nie istniał internet, influencerzy, wyszukiwarka Google. Podpierając się materiałami ze Skandynawii, próbowałem robić miesięcznik, który pozwoli czytelnikom zapomnieć o codziennej zgryzocie. Z dzisiejszej perspektywy wygląda śmiesznie i naiwnie, ale praca przy redagowaniu tego pisma pokazała mi jedno: moje prawdziwe powołanie. Gdy skandynawscy szefowie z dnia na dzień zamknęli pismo (szukali przedsięwzięć, które gwarantowały co najmniej kilkaset procent zysku), poczułem pustkę.

Rok później robiłem już „Moto Magazyn”, autorski miesięcznik, w którym unikałem błędów z poprzedniego pisma i którego estetykę budowałem na bazie zagranicznych publikacji, których mnóstwo czytałem, wśród nich amerykański Motor Trend i Road & Track czy wspaniale sarkastycznego austriackiego Auto Revue. O tym więcej w następnym odcinku mojego nowego cyklu WYSPOWIADANY, a teraz czas opowiedzieć nieco o ówczesnych dziennikarzach, parających się tą samą tematyką.

źródło: archiwum prywatne Piotra R. Frankowskiego

Pod wieloma względami czas ten był okresem przejściowym: pod względem zmian ekonomicznych, społecznych, kulturowych, na ulicach otaczał nas mix aut z epoki PRL i nowych wozów z krajów rozwiniętych – ale były też fabrycznie nowe Łady i Moskwicze. Tak samo wyglądało dziennikarstwo samochodowe (nigdy nie napiszę „motoryzacyjne”; odsyłam do mojego tekstu z cyklu Bajki Starego Pismaka pt. NIENAWIDZĘ MOTORYZACJI). Trochę ludzi nowych, takich jak ja, zaczynało pisać o automobilizmie, ale większość pochodziła z poprzedniej ery. Wśród nich trafiali się ludzie najwyższej próby i z wieloma z nich miałem zaszczyt pracować, lecz inni mieli nawyki iście sowieckie. Był sobie na przykład taki jeden jegomość, który w torbie zawsze miał awaryjną półlitrówkę czystej wódki – „gdyby zabrakło”. Inni ciągnęli za sobą zaszłości wiernej pracy dla organów przymusu, jeszcze inni mieli naturalne ciągoty do wierności jednej marce – jak kiedyś jednej partii.

Pito straszliwie

Nie wiem, czy tylko z nawyku, czy może bardziej dlatego, że zaczynające działalność w Polsce przedstawicielstwa zagranicznych firm wydawały spore sumy na wikt tudzież alkohol na imprezach dla dziennikarzy. Wizja picia za darmo podobała się wielu, choć na szczęście nie wszystkim. Mój wygląd raził starszych kolegów, podobnie niechęć do upijania się w towarzystwie osób, z którymi wolałbym nie spotkać się nawet w windzie, denerwowała ich moja swoboda w posługiwaniu się obcymi językami. Przypominam sobie sytuację, w której jeden pacjent z firmy samochodowej, ale o długim peerelowskim życiorysie, widząc mnie na imprezie, na którą z obowiązku sam mnie zaprosił, zagadał do mnie, otoczony wianuszkiem słuchaczy: Kiedy obetniesz włosy? Odpowiedział mu skwapliwy rechot kolesi. Jak tobie odrosną – odparłem. Wygrałem nawet wtedy fragment zorganizowanych na tej imprezie zawodów, ale z zemsty pozbawiono mnie laurów, naprędce wymyślając dodatkowy punkt regulaminu.

Autor tekstu podczas testów Mercedesa-McLarena SLR Roadster (fot. Dirk Weyhenmeyer)

Zabawne? Tylko poniekąd

Walka ze służalczym nastawieniem części braci dziennikarskiej wobec importerów aut okazała się koniecznością: firmom było wygodnie, gdy wszyscy się im podlizywali, ale obrażało to w oczywisty sposób inteligencję czytelników. Cóż, nie byłem powszechnie lubiany w branży. Ale, jak to wielokrotnie podkreślałem, nie prowadziłem czasopism dla garstki kolegów z branży, a dla tysięcy wiernych czytelników. Tak jak w jednym z odcinków „07 zgłoś się” powiedział porucznik Borewicz ustami Bronisława Cieślaka – bo my, proszę pana, nie jesteśmy do lubienia. Czytelnicy zaczynali mi ufać i to dostrzegałem w listach do redakcji, czy podczas spotkań mniej lub bardziej przypadkowych. Zaczynało do mnie docierać, że kształtuję opinie ludzi i że jestem za poglądy tych ludzi w części odpowiedzialny.

Nie było łatwo, a niektórzy pracownicy firm samochodowych wręcz wypowiadali mi wojnę. Więcej o tym przeczytacie w kolejnych odcinkach mojego nowego cyklu dla Śniadanie & Gablota zatytułowanego WYSPOWIADANY.