Piotr R. Frankowski – ANATOMIA UPADKU KWARTALNIKA RAMP  [cz. 1]

Piotr R. Frankowski – ANATOMIA UPADKU KWARTALNIKA RAMP [cz. 1]

Historia kwartalnika Ramp to dla mnie temat już na tyle mało bolesny, że mogę sprawę pokrótce objaśnić. Bez nazwisk, bo wymienienie paru złych ludzi z Polski zaszkodzi też ludziom dobrym, więc spuśćmy na tożsamość draństwa zasłonę milczenia.

W Polsce – co jest dziedzictwem pańszczyzny – najsilniejszą emocją w społeczeństwie jest zawiść. Nie radość, nie miłość, nie entuzjazm czy uniesienie, ale właśnie zawiść. Społeczeństwo zdrowe promuje osoby sprawdzające się w pewnych dziedzinach, by całość działała sprawniej i aby wszyscy z owoców ich pracy korzystali. Polskie społeczeństwo nagradza wierne miernoty, które dla osób na stanowiskach nie stanowią zagrożenia. Nawiązując do sławetnego cytatu z Marszałka Piłsudskiego, naród wspaniały, tylko ludzie nienawidzą profesjonalistów, bo na ich tle rozmaite niemoty tudzież lenie wypadają blado. Profesjonalista nie jest korzyścią, jest wrogiem. Prostacka korporacyjna kultura, która niczym zaraza rozpełzła się po naszym kraju w latach 90., tylko pogłębiła opisywane zjawisko.

fot. Maciej Jasiński

Dygresja na moment: na studiach zwalniano mnie z wielu ćwiczeń, które dotyczyły praktycznego posługiwania się językiem angielskim, bo tę umiejętność wówczas posiadałem już w stopniu wystarczającym – chodziło o to, bym nie siedział na tych zajęciach daremnie i aby wykładowca mógł poświęcić więcej czasu innym studentom. Zwalniali wszyscy oprócz jednej pani, pozornie miłej specjalistki od dydaktyki angielskiego wobec dzieci. Uparła się, że na jej nudne i głupkowate zajęcia muszę chodzić. Szybko zorientowałem się, że sympatyczny wizerunek to maska – Dr. Jekyll przy niej to ledwie czeladnik w tym fachu.

Pani postanowiła, że mnie zgniecie, ja zaś, że nie dam jej tej satysfakcji. Wbrew powierzchowności nie była tak bystra, jak sądziła. Nękała grupę przygotowywanymi przez siebie ćwiczeniami leksykalnymi, w które trzeba było wpisać właściwy wyraz, ale tylko ten jeden, który jej samej przyszedł do głowy. Za punkt honoru wziąłem sobie znajdowanie w mojej pamięci prawidłowych synonimów i obronę ich przy ocenie sprawdzianów. Po kilku miesiącach pani, która także nienawidziła innych kobiet – czyli absolutnie wszystkich studentek – dała za wygraną i zwolniła mnie z zajęć.

fot. Maciej Jasiński

Gdy zaraza korporacyjnej mentalności trafiła do Polski na początku lat 90., znalazła dla siebie idealną społeczną pożywkę i zmutowała do postaci patologicznej. Więcej o tym zjawisku opowiem przy innych okazjach, bo jest bardziej niebezpieczne od pływania z piraniami w słodkowodnym basenie. Wróćmy jednakże do rzeczy. W UK czy USA w branży czasopism samochodowych zawsze było tak (po raz pierwszy ten stan rzeczy przestał istnieć po pandemii), że zawodowi dziennikarze rotacyjnie przechodzili z pisma do pisma, a najskuteczniejszym naczelnym regularnie oferowano zadania przejmowania słabszych czasopism i kreowania nowych. Z jednej strony oznaczało to mnóstwo fałszywej uprzejmości względem kolegów – bo za parę miesięcy możliwe było spotkanie się z nimi w tej samej redakcji, z drugiej zaś dawało wydawcom szansę wybierania do pracy ludzi, którzy się uprzednio sprawdzili. Po jakimś okresie działalności w prasie firmy samochodowe zwykle oferowały dziennikarzom pracę w działach Public Relations. Przejście na drugą stronę barykady niektórym przychodziło z wielką łatwością, lecz to osobne zagadnienie.

Promowanie redaktorów, którzy wcześniej zarobili dla swoich wydawców pieniądze, było polskim wydawcom po 1989 roku tak obce, jak obce Polakowi z Podkarpacia jest jedzenie sushi (brzydzi się surową rybą i nigdy jej nie je, chyba że to śledź w cebulce, ale wówczas mówi, że „śledź to nie ryba”). Miałem zaszczyt prowadzić kilka czasopism, które czytelnicy uwielbiali, głosując na nie zawartością swoich portfeli. Mając do dyspozycji znikome środki, uzyskiwałem lepsze wyniki rynkowe od pism, za którymi stały wielkie inwestycje i, cóż, gdy wydawcy się pozbywali albo mnie, albo czasopisma, nie dostawałem propozycji pracy od konkurentów. Ci, którzy wcześniej mimo zasobów ze mną przegrywali, triumfowali. Taka polska natura, zrozumiałem to szybko. Nie miałem tego konkurentom za złe: psa nie da się oduczyć szczania pod drzewami, ma to w DNA.

Po tym, jak lenistwo i ignorancja dwóch dyrektorów w wydawnictwie spowodowały, że prawa do wydawania w Polsce Top Gear uzyskała inna firma, wiedziałem, że nie należy oczekiwać propozycji. Rzuciłem się w wir pisania dla różnych mediów jako freelancer, przymierzyłem się do odkładanego od dawna napisania książki, negocjowałem z wydawcą. Opracowałem z grafikiem koncepcję wizualną, potem w dwa tygodnie napisałem teksty i zaczęła się praca nad materiałem. I wówczas znienacka odezwał się do mnie człowiek, który przez całe lata zachowywał się wobec mnie wrogo. Był jednym z tych, którzy opowiadali o mnie niestworzone historie. Ale… esencją chrześcijaństwa jest zdolność do przebaczenia. Zgodziłem się z nim spotkać.

Ku mojemu zaskoczeniu zaoferował mi kierowanie redakcją brytyjskiego miesięcznika Evo – jeśli załatwię umowę licencyjną. Twierdził, że reprezentuje dość znanego polskiego przedsiębiorcę o miliardowych zasobach. Zebrałem ekipę byłych współpracowników, by przegadać możliwość wspólnego działania, wysłałem wici do Wielkiej Brytanii i dokooptowałem do zalążka zespołu kolegę, który wcześniej pracował w jednym z pism konkurencyjnych i którego znałem z wyjazdów dziennikarskich; ceniłem jego wiedzę i inteligencję, znajomość języków, obycie. Do brytyjskich czasopism pisałem od lat, miałem w UK mnóstwo kontaktów, znałem tematykę wydań licencyjnych (kiedyś zlecono mi przygotowanie projektu wydawania tygodnika Autocar w Polsce, ale to historia na osobną opowieść, do zrelacjonowania po porcji relanium). Dotarcie do osób odpowiedzialnych za udzielanie licencji na Evo zajęło mi z dobę.

fot. Maciej Jasiński

Napotkałem mur wątpliwości: ja byłem, owszem, znany w Wielkiej Brytanii, ale ewentualny lokalny wydawca nie. Brytyjczycy zażądali, by przyszły wydawca dostarczył dowodów na posiadanie stosownych zasobów finansowych i zarazem postawili warunek, że rozpatrzą wniosek o licencję tylko wtedy, gdy ja zostanę redaktorem naczelnym, gwarantem odpowiedniej, zgodnej z brytyjską normą jakości pisma. Zorganizowałem przyjazd brytyjskiego dyrektora ds. licencji i jemu to, na spotkaniu w nieruchomości stanowiącej własność przyszłego wydawcy, pokazano tabelki, dowodzące uzyskania przez inwestora dużego, wielomilionowego dofinansowania z Unii Europejskiej dla jego głównego biznesu – Brytyjczyk kiwał głową, mnogość zer dawała poczucie bezpieczeństwa.

Już kilka dni po tym spotkaniu otrzymałem z Wielkiej Brytanii promesę licencji. Uzyskanie tej ostatniej w finalnej postaci wymagało spełnienia całej listy warunków, w tym przygotowania wizji marketingowej nowego pisma. Nadal nad tematem Evo pracowałem za darmo, mając na papierze obietnicę stanowiska naczelnego. Szykując się do tej roli i mając pewne doświadczenie w zawodzie, zwróciłem się więc do brytyjskiego wydawcy z prośbą o przesłanie mi ogólnego planu marketingowego tytułu – w UK to kwestia rutynowa – w którym mógłbym znaleźć informacje o dopuszczalnych zakresach tematycznych, normach estetycznych, kontaktach z producentami samochodów i tak dalej; na bazie tegoż mógłbym opracować potrzebny do uzyskania licencji dokument. Otrzymałem od razu maila w przepraszającym tonie, w którym informowano mnie, że nie zostaną mi udzielone te informacje dopóty, dopóki polski wydawca (który już wziął się za rejestrację tytułu prasowego) nie potwierdzi na piśmie, że jestem u niego zatrudniony. Odpisałem, że rozumiem ten tryb postępowania i że faktycznie nikt mi formalnie jeszcze pracy nie zaoferował.

fot. Maciej Jasiński

Nazajutrz telefon z Anglii, krótka rozmowa, po której mnie zatkało. Usłyszałem, że angielski wydawca Evo otrzymał maila od przyszłego polskiego wydawcy, mówiącego o tym, że przecież od dawna jestem u niego zatrudniony i otrzymuję pensję, więc spokojnie można mi wysłać poufne informacje marketingowe. Poczułem, jak rośnie mi tętno. Postanowiłem najpierw spróbować załatwić sprawę polubownie, w końcu włożyłem w planowanie nowego pisma już wiele tygodni pracy (nudnej, więc o niej tu nie opowiadam). Zadzwoniłem do przedstawiciela polskiego inwestora i od niego usłyszałem, że ostatecznie mogą mnie zatrudnić za 1000 zł miesięcznie brutto… Jasne było, że załatwiłem swoje i mam zniknąć, a Anglikom się jakoś nakłamie. Usłyszawszy upokarzający tekst od kogoś, kto niewiele wcześniej przedstawicielowi brytyjskiego właściciela marki pokazywał, że na koncie firmy znajduje się 30 milionów euro, zadzwoniłem do Brytyjczyków i po kilku godzinach promesa licencji została cofnięta.

Nie pozostało mi nic innego poza implementacją planu B, wcześniej przedyskutowanego z kolegą, dokooptowanym przeze mnie do prowizorycznego zespołu. Chodziło o znane mi z Niemiec pismo Ramp, wydawany dość nieregularnie kwartalnik o ciekawej, niszowej estetyce. W jego przypadku chodziło o zrobienie polskiej wersji językowej z maksymalnie dużym wkładem lokalnym i zdobycie wymagających czytelników, którym z kolei będzie można pokazać reklamy, na które tańsze, masowe czasopisma liczyć nie mogły. Mój nowy kolega stwierdził, że dysponuje grupą potencjalnych inwestorów, którzy wcześniej mieli włożyć środki w jego nowy projekt, ale mogą zainteresować się tym. Podzieliliśmy się więc zadaniami, ja przygotowałem opis merytoryczny i marketingowy, on miał zbadać w drukarniach koszty druku i ustalić warunki finansowe z firmą zamującą się dystrybucją prasy. Dobrze mu wychodziły tabelki w Excelu i przekonująco mówił o finansach, podział taki wydawał się zatem sensowny.

Moja koncepcja zakładała numery monotematyczne, poświęcone jednemu zbiorowi zagadnień, które czytelnicy chcieliby zachowywać na półce jako źródło wiedzy i trwałą pamiątkę. Inwestorzy zgodzili się włożyć pieniądze w nasze przedsięwzięcie i zaczęliśmy pracę nad pierwszym numerem kwartalnika. Zanim to się stało, pojechałem do Niemiec spotkać się z redaktorem naczelnym i wydawcą oryginalnego Rampa, Michaelem Köckritzem. Na pierwszy rzut oka to spotkanie wyglądało dość zabawnie, bo i ja i Niemiec mieliśmy długie włosy, tyle, że on miał manierę artysty i tak był odbierany przez otoczenie. A ja byłem – i jestem – starym pismakiem z Radomia. Mój pomysł wydawania polskiej wersji został przyjęty z aprobatą, podpisaliśmy stosowne dokumenty – licencję mieliśmy spłacać, dostarczając stworzone przez nas materiały do publikacji w wydaniu niemieckim. Wszystko wyglądało dobrze, rzuciłem się w wir pracy. Sprzęt dla redakcji kolega, który zebrał inwestorów, zakupił w sklepie u swojego kumpla, który zaraz potem ów sklep zwinął. Nie wiedziałem o tym wówczas, niestety.

fot. Maciej Jasiński

Planowanie numeru, wypraszanie u firm samochodów testowych, umawianie sesji zdjęciowych – to wszystko się działo. Teoretycznie odbywało się także poszukiwanie klientów reklamowych, ale niestety, żadna z dwóch osób, które się tego podjęły, po kolei marnując nam drogocenne miesiące, niczego dla nas nie zwojowała, dbając wyłącznie o autopromocję. Zapytałem kolegi, z którymi drukarniami rozmawiał, ustalając kosztorysy, na podstawie których sporządziliśmy budżet dla inwestorów. Najpierw odpowiedział mi, że rozmawiał z kilkoma i od nich wziął dane, ale że żadna z nich nie ma teraz miejsca w produkcji na takie zamówienie jak nasze – de facto niewielkie.

Kilka miesięcy później, bez najmniejszego wahania, wyznał mi, że nie rozmawiał z żadną drukarnią, a koszty zmyślił. Nie do końca jeszcze zdawałem sobie sprawę, iż mam do czynienia z kompulsywnym łgarzem, ale cóż, nie jestem psychologiem. Za dużo wysiłku już zaangażowałem, by w tamtym momencie wszystko rzucić, zatem wziąłem się także za rozpoznanie kwestii druku. Dzięki pomocy przyjaciół znalazłem drukarnię, gotową podjąć się niecodziennego wyzwania, wykonaliśmy stosowne próby druku. Pojawiło się kilka problemów technicznych, których koledzy z Niemiec nie pomogli nam rozwiązać, bo znali się na poligrafii jak ja na mechanice kwantowej. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że swojemu głównemu inwestorowi powiedzieli wtedy, że polskie wydanie powstaje za jego pieniądze… Ale nie uprzedzajmy faktów.

Kolega od finansów, który zmyślił (o czym wówczas nie wiedziałem) kosztorys druku, zapewnił inwestorów i mnie, że ustalił zoptymalizowaną wielkość nakładu (liczbę egzemplarzy wydrukowanych) dla istniejących sieci sprzedaży, uzgodnił marże z dystrybutorem i tak dalej. Dla mnie kluczowe było, aby nasycić egzemplarzami takie punkty sprzedaży jak salony Empiku, bo ludzie musieli zobaczyć i poczuć jakość przygotowywanego kwartalnika, aby zechcieć go kupić. Zamówiliśmy więc druk paru tysięcy egzemplarzy, jak się o wiele później okazało, niepotrzebnie.

O dalszych losach kwartalnika RAMP (PL) przeczytacie w kolejnych odcinkach WYSPOWIADANY.

fot. Maciej Jasiński