Mille Miglia 2025 – relacja z najpiękniejszego wyścigu na świecie!
Na Mille Miglia jedziemy dopiero drugi raz, ale już za pierwszym wiedzieliśmy, że to może stać się naszą doroczną tradycją. Tym razem znów nie udaje się nam towarzyszyć temu wspaniałemu wydarzeniu od startu aż do mety, ale konsekwentnie zbliżamy się do poznania „najpiękniejszego wyścigu na świecie” od kuchni. Przed samym wyjazdem okazuje się, że dostaliśmy akredytację medialną, czego się nie spodziewaliśmy, a jak się potem okaże, otwiera to kilka niespodziewanych furtek. Z ogromną ekscytacją ruszamy do Włoch, do Bresci, tam, gdzie niemal 100 lat temu wszystko się zaczęło.

Poza wysokimi prędkościami, niebezpieczeństwem ścigania się po publicznych drogach, rzadkimi autami, które są dziś prawdziwymi muzeami na czterech kołach, Mille Miglia zawsze było też wydarzeniem kulturalnym. Początkowo typowo włoskim, w późniejszym czasie, jak i dziś przyciągającym kierowców oraz turystów z całego świata. W swojej pierwotnej formule, czyli jako regularny wyścig odbywał się od roku 1927 do roku 1957, jednak po serii niebezpiecznych wypadków postanowiono zakończyć ten rozdział w motoryzacyjnej historii Włoch.












Jednak prędkość, zapach benzyny i miłość do wolnossącego ryku spod maski są bardzo mocno zakorzenione w tym narodzie. 20 lat później Mille Miglia powraca na drogi, już jako wyścig turystyczny. To chyba jedyny szczegół, choć istotny, który się zmienia względem oryginalnej formuły. Emocje towarzyszą wszystkim na każdym kroku i ciągle ma się nieodparte wrażenie, że utknęliśmy w latach 50′. Wszak startujące auta to te same modele, które można było spotkać na ulicach do 1957 roku, a często to dokładnie te same auta, które pamiętają jeszcze oryginalny wyścig. Architektura wokół przecież też niewiele się zmieniła, więc gdzie nie spojrzeć, przez te kilka dni w czerwcu, ewidentnie cofnęliśmy się w czasie.

Docieramy na miejsce wieczorem, kilka dni przed startem, zamiast odpoczynku wybieramy szybką wycieczkę na Piazza della Vittoria, gdzie niebawem odbędzie się prezentacja wszystkich uczestników i ostatnie kontrole sędziowskie. Plac jeszcze świeci pustkami, jednak pojawiają się już pierwsze barierki, banery, loże dla uczestników, partnerów i sponsorów. Czuć już długo przez nas wyczekiwany klimat, tym bardziej że co jakiś czas gdzieś między kamienicami przebijają się dźwięki zabytkowych wyścigówek. Te auta nie śpią, nie zalegają pod pokrowcem w podziemnych garażach. Cruising po mieście w stuletnim Bugatti T35? Tutaj to nic nadzwyczajnego.








Nazajutrz dumni odbieramy swoją pierwszą akredytację na Mille Miglia i udajemy się do hali Brixia Forum – padoku startowego dla uczestników. Główny zamiar to wycieczka po medialną naklejkę na nasze auto. W praktyce już na samym wjeździe stoimy w korowodzie nowszych Ferrari, biorących udział w corocznym Ferrari Tribute, które towarzyszy wyścigowi przez całą trasę. Po wjeździe mijamy kilka aut uczestników, ale prawdziwa gratka czeka nas we wnętrzu hali. Kilkaset aut stojących na wyznaczonych miejscach z numerem startowym, cały przekrój najwspanialszych bolidów startujących w MM. Cel jest jeden – odbiór techniczny przez sędziów. To również ostatnie przygotowania uczestników i spotkania ze znajomymi przy pysznej kawie, wszak duża część kierowców i pilotów nie jest tu pierwszy raz. Nie wszystkie miejsca są zajęte, co rusz pojawiają się w bramie kolejne auta, a po przeciwległej stronie znikają w palącym słońcu te, które mają już kontrolę za sobą. Motoryzacyjny Disneyland, a pośrodku my, niemogący uwierzyć w to, co właśnie oglądamy. Kręcimy się w kółko z aparatami, próbując uchwycić to, co najlepsze, udokumentować to wspaniałe doświadczenie. Nie startujemy, ale już czujemy się wygrani. O uczucie odrealnienia nie jest trudno, zwłaszcza kiedy nagle przechodzisz obok szpaleru 8 sztuk idealnie zaparkowanych Gullwingów, każdy z otwartymi skrzydłami, a za chwilę przecierasz oczy ze zdumienia, widząc Mercedesa 300SLR, którym Stirling Moss w 1955r wygrał Mille Miglia.







Mimo wielkiego luzu, jakim odznaczają się uczestnicy, szerokich uśmiechów i pozostawiania bez opieki na ulicach Bresci aut, wartych czasem kilkanaście milionów euro, chyba nikomu z nas nie byłoby do śmiechu, stawiając się w ich roli, ryzykując udział i pokonanie 2000km tym bezcennym, historycznym bolidem. Na szczęście za dwa dni na starcie będzie nam dane podziwiać go raz jeszcze podczas parady na Viale Venezia. Swoją drogą, to kolejne nawiązanie do historii, bo MM wyrusza co roku dokładnie z tego samego miejsca, gdzie ustawiali się uczestnicy oryginalnego wyścigu.

W padoku spędzamy praktycznie cały dzień, nie mogąc narzekać na nudę. Pojawiamy się tam znowu nazajutrz, jednak to jedyne przedpołudnie podczas naszej podróży, które wita nas deszczową aurą. Wszyscy są tu jednak w konkretnym celu, mając świadomość, że w ich włoskiej przygodzie to może być tylko lekka bryza, a prawdziwe wyzwanie czeka ich dopiero na trasie w ich wozach, często pozbawionych dachu. Ostatni łyk kawy (zawsze pyszna i zawsze z dobrego ekspresu), schłodzenie się lodami od Pierre Marcolini, i myślimy już o przemieszczeniu się na prezentację dla publiczności na Piazza della Vittoria. Akurat kilku uczestników zbiera się w konwój w tamtym kierunku, czekają już eskortujące ich policyjne motocykle. Po pierwszym razie na tym wyścigu wiemy już czym to pachnie. Jazda pod prąd, środkiem między pasami ruchu, z radiowozami na bombach, na czerwonym, przy zamkniętych skrzyżowaniach, zablokowanym ruchu z bocznych wyjazdów. Właściwie tak wygląda rzeczywistość Mille Miglia w każdym miasteczku i dużych miastach przez całe 2000 km. Pierwsza nasza myśl… a gdyby tak spróbować ustawić się za nimi. Okazuje się, że nasz rajd przez miasto według wyżej wymienionego klucza nie będzie jedynym w najbliższych dniach. Dość osobliwe uczucie robienia czegoś niewłaściwego pomieszane z dziecięcą radością. Teraz już wiemy, że tak jak uczestnicy Rajdu Koguta nie zdejmiemy tej naklejki z maski jeszcze przez długie miesiące. Na głównym placu Bresci zostajemy do końca dnia, w międzyczasie snując się po bocznych, ciasnych uliczkach i pobliskich placach z restauracjami. Głównie w poszukiwaniu tych pięknych, zabytkowych gablot, żeby móc znów zobaczyć je z bliska z nadzieją, że uda się złapać przy okazji jakiś dobry, typowo włoski kadr. Tu nie dziwi nikogo, że te często unikatowe, drogie fury stoją przypadkowo zaparkowane na ulicy. W trakcie tych dni przewijają się w okolicy tysiące ludzi, widać dużą ciekawość, ekscytacje, przeważnie większość ma już przy sobie chorągiewkę Mille Miglia.

Mimo wszechobecnej, luźnej atmosfery, każdy odnosi się do tych automobili z szacunkiem. Nie ma mowy o obmacywaniu, łapaniu za klamkę, a rodzice od razu uprzedzają swoje pociechy, z czym mają do czynienia. Stoimy akurat obok Healey 2400 Silverstone E-Type, przymierzenie się do fotela odbywa się tu tylko za zgodą właściciela. O ile go znajdziemy, większość z nich niczym się nie przejmując siedzi gdzieś na obiedzie w pobliskiej restauracji. Jest wieczór, kieliszki z Aperolem prawie puste, luźna atmosfera powoli się kończy, a jutro już czas na poważne ściganie. Oczywiście w granicach rozsądku, nie tak jak 70 lat temu. Z drugiej strony pomimo dużego ruchu na drogach, dzięki skoordynowanym działaniom policji, Mille Miglia przemieszcza się zaskakująco szybko. O czym przekonamy się już niebawem jako fotografowie-widzowie, mimo lekkich akredytacyjnych forów.

Start wyścigu to zawsze wtorek i zawsze w tym samym miejscu – historyczna Viale Venezia. Całkiem niedaleko, bo 2.5 km dalej na wschód, przechodzi w Viale della Bornata i to właśnie tam znajduje się muzeum Mille Miglia. Wracamy jednak do uroczystego powitania uczestników i widzów z paradą i orkiestrą. Zanim pierwsze samochody pojawią się jednak na specjalnie przygotowanym podeście, podziwiamy jeszcze jedną z głównych atrakcji tego dnia. Przelatujący nisko nad zabudowaniami, ogromny wojskowy helikopter z podwieszoną włoską flagą. Narobił oczywiście sporego zamieszania, ale nie sprawił tyle radości , co szpaler wojskowych odrzutowców tworzących dymną trójkolorową flagę na niebie podczas naszej poprzedniej wizyty. Choć ten wyjątkowy pokaz był zapewne związany z celebracją z okazji 100-lecia sił powietrznych Włoch.














Wszystkie startujące auta pojawiają się powoli jeden za drugim przed publicznością, na telebimie prezentowana jest załoga, krótka pogawędka, ale dalej kończy się kurtuazja i zaczyna prawdziwa zabawa. Większość już zjeżdżając z podestu, wciska gaz do dechy i mknie wzdłuż barierek, gdzie setki widzów z podziwem przygląda się tym cudownym maszynom, machając flagami Mille Miglia. Próbujemy złapać jak najwięcej załóg, przemieszczając się wokół startu i po okolicznych ulicach. Mimo że do wystartowania jest ponad 400 aut, to wiemy, że musimy się spieszyć, aby nadążyć za wyścigiem. Aparaty nie chcą się odkleić od oczu, a czas ucieka. Przy około dwusetnej załodze orientujemy się, ile aut już nam uciekło. Na szczęście trasa jest nieco okrężna i zahacza o wiele miasteczek, co pozwoli nam nieco nadrobić czas.

Ruszamy więc w pogoń w kierunku wyjazdu z miasta i szukamy na mapie pierwszego dogodnego miejsca na kolejny fotograficzny spot. Omijamy sporą część trasy i wybieramy miasteczko Peschiera del Garda w nadziei, że znajdziemy tam dobre miejsce, oraz że obsługa ruchu pozwoli nam podjechać wystarczająco blisko. Nasza magiczna naklejka otwiera wiele dróg, ale nie każdą. To, co wiemy na pewno to, że jezioro Garda zawsze jest pięknym tłem do zdjęć. Nie mylimy się i tym razem. Patrzymy na numery startowe na przemykających autach, kilkadziesiąt kliknięć i lecimy dalej. Pierwszy dzień to zawsze przejazd m.in. przez Weronę, omijamy jednak duże aglomeracje, aby nie tracić czasu. Jest już późne popołudnie, a do przejechania jeszcze około 200 km w okolice Bolonii na metę pierwszego etapu.



























Finalnie łapiemy wyścigówki jeszcze w jednym mieście po drodze, ale nadal szukamy skrótów, aby nadążyć za stawką. Fotografia wymaga dobrego planowania i poświęceń, pewnie typowo turystyczny wypad byłby łatwiejszy, co nie znaczy, że wolniejszy i bardziej swobodny. Około 20:00 docieramy na most nad rzeką Reno, świetna miejscówka do zdjęć, czekamy więc, aż pojawią się jacyś uczestnicy. Ku naszemu zdziwieniu, tak bardzo próbowaliśmy nadrobić drogi, że jesteśmy dobre pół godziny przed pierwszymi autami. Dzień kończymy wyklikując 1500, może 2000 zdjęć resztkami sił, ale spełnieni i zadowoleni. Bo poza upałem, pośpiechem, planowaniem i stresem bardzo cieszymy się z każdej spędzonej tu godziny. Te miejsca i cały wyścig dostarcza niesamowitych emocji i wrażeń, bez względu na to, czy w nim startujemy, czy jesteśmy tu w pracy, jako widzowie, czy przejedziemy całą trasę, czy spędzimy tylko 2 dni na starcie w Bresci.

I w takim pośpiechu, na ciągłym studiowaniu mapy przebiega każdy dzień widza chcącego podążać za Mille Miglia. My niestety towarzyszmy uczestnikom jedynie jeszcze kolejnego dnia, przejeżdżając kilkadziesiąt kilometrów za Bolonię w poszukiwaniu fotograficznych spotów. Później, tego samego dnia, podczas podróży do Polski, jak i przygotowując tę relację, żałujemy, że nie udało się przejechać całej trasy. Ten wyścig to 5 dni jazdy, prawie 2000 km pokonywanych od wczesnego poranka do nierzadko późnych godzin nocnych. Upały, ulewy wiatr we włosach, awarie, wspaniałe widoki, piękne górskie drogi i zaskakująco dobra organizacja, mimo powszechnego stereotypu o włoskim podejściu do życia. To niezwykłe przeżycie, nie tylko dla bogaczy, których stać na start w tym wyścigu, ale też dla widzów na każdym etapie, w każdym mieście i wsi. Ludzie co roku żyją tym wydarzeniem, wyczekują przy drogach godzinami na zabytkowe wyścigówki, trzymając w ręku flagi Mille Miglia. Symbol, który stał się sporym kawałkiem motoryzacyjnej historii, nie tylko Włoch. Spotkamy tu auta, których próżno szukać na co dzień na drogach, a nawet często w muzeach. I żadne z nich nie jest odpicowanym eksponatem, ma jechać szybko, sprawnie i wydzierać się głośno spod maski na każdym kilometrze, przy redukcji pod każdą górkę i piszcząc hamulcami na każdym dohamowaniu, dając nam obraz tego, jak wyglądał ten wyścig przez 30 lat swojej świetności.

Dla nas ten tydzień czerwca stał się bardzo ważną datą w kalendarzu i jesteśmy pewni, że wrócimy tu, miejmy nadzieję za rok, aby przeżyć to ponownie i przejechać całą trasę. Z kronikarskiego obowiązku należy wspomnieć, że z 430 załóg z 29 krajów na metę w Bresci dojechało 368 aut, a zwycięzcami, po raz 5 z rzędu zostali Włosi Andrea Vesco i Fabio Salvinelii w Alfie Romeo 6C 1750 Ss z 1929 roku. Drugie miejsce wywalczyli Argentyńczycy Daniel Andres Erejomovich i Gustavo LLanos w Alfie Romeo 6C 1500 Ss, a trzecie także reprezentanci tego samego kraju Juan Tonconogy i Barbara Ruffini w Alfie Romeo 6C 1750 Gs Spider Z. Wyróżnienie Coppa delle Dame, czyli najlepsze miejsce dla żeńskiej załogi zgarnęły Silvia Marini i Irene del Tos w Cisitalii 202 S Mm Spider, w ogólnej klasyfikacji były na 28 miejscu.















Nie ulega wątpliwości, że Mille Miglia jest obowiązkowym wydarzeniem do zaliczenia w życiu każdego fana motoryzacji. Bez względu na to, jaką formę przeżywania tego wyścigu przyjmiemy, czy będziemy w pracy, na wakacjach, czy potraktujemy to jako przystanek w podróży, z czystym sumieniem i z całego serca, polecamy! To najwspanialszy i największy wehikuł czasu do historii, w której liczyła się tylko prędkość, prosta inżynieria, uporczywość, więź człowieka z maszyną. Całość okraszona potem, ryzykiem i brakiem ograniczeń, a wszystko to na publicznych drogach, zawsze malowniczych i olśniewających, do Rzymu i z powrotem!
