2. Śniadanie & Gablota Łódź 2022

To było najbardziej deszczowe Śniadanie & Gablota w naszej pięcioletniej historii! Od dłuższego czasu wiedzieliśmy, że w niedzielę 31 lipca będzie lało. Jednak razem z zespołem Ukrytych Rzek podjęliśmy decyzję o tym, że nie odwołamy wydarzenia. Dlaczego? Bo jednym z głównych powodów, dla których zdecydowaliśmy się na zmianę miejsca w sezonie 2022, było zwiększenie naszych możliwości niezależnie od pogody. O ile podczas pierwszego łódzkiego śniadanie w tym roku mogliśmy przetestować pojemność parkingu przy olbrzymiej frekwencji, o tyle tym razem mieliśmy okazję sprawdzić, czy lokal pomieści wszystkich Śniadaniohollyków pod dachem. I było warto! To było naprawdę piękne i klimatyczne śniadanie w akompaniamencie ulewnego deszczu rozbijającego się o parapet.

WERNIX by Śniadanie & Gablota

Od początku naszej działalności, dzięki współpracy z Polish Masters of Art jesteśmy związani ze środowiskiem artystycznym. Przez ostatnie lata zrobiliśmy trzy art cary, dedykowane kolejno Warholowi, Beksińskiemu i Szukalskiemu oraz angażowaliśmy się w szereg różnych inicjatyw z takimi twórcami jak @zdrovkothings oraz Siodta. Chcemy kontynuować tę działalność i promować artystów związanych z automotive.

Realizując naszą filozofię, podczas śniadania w Łodzi, mieliśmy przyjemność zaprosić wszystkich na wernisaż, na którym swoje obrazy zaprezentowała Mirovvska. Artystka w swoich pracach skupia się wokół ikonicznej motoryzacji niejednokrotnie ukazanej w towarzystwie sensualnych kobiet. Indywidualny styl, kolory, dynamika, to wszystko sprawiło, że od samego początku kibicowaliśmy Mirovvskiej, a teraz mogliśmy pokazać jej prace szerszej publiczności. Z pewnością dostarczyły one wielu tematów do dyskusji, gdy za oknem szalała ulewa. Mamy też nadzieję, że idea WERNIX-ów na stałe wpisze się w nasze spotkania.

Dziękujemy wszystkim Śniadaniohollykom, szczególnie ekipie Łódzkich Amcarów,
którzy nie wystraszyli się deszczu i sprawili, że była to wyjątkowa edycja!

Zdjęcia: @eugene_tka4enko

W Hotel de France śpi się szybko 

Z pewnością wyścig 24h Le Mans nie kojarzy się nikomu ze snem w wygodnym hotelowym łóżku. Prędzej z materacem ułożonym w padoku i dosypianiem na warsztatowym krzesełku pomiędzy kolejnymi zmianami kół. Jednak w miejscowości La Chartre-sur-le-Loir, oddalonej o ok. 50 minut od toru de la Sarthe, znajduje się niepozorny hotel, który stał się legendą przyciągającą fanów motoryzacji i historii motorsportu.

Opcji na spanie jest kilka

Podczas Le Mans Classic widziałem ludzi śpiących na trybunach i uważam, że jest to wielkie poświęcenie zasługujące na słowa uznania. Wytrzymanie całonocnego hałasu generowanego przez pędzące bolidy i pogodzenie tego ze snem, to prawdziwa sztuka cierpienia. Niektórzy potrzebują choć odrobinę wygody i dla tych przygotowano camping. Ten zresztą znajduje się na terenie toru, co również nie do końca gwarantuje odpowiedni odpoczynek. Tam namioty stają w towarzystwie egzotycznych samochodów, tworząc niepowtarzalny klimat. Dla tradycjonalistów pozostają hotele i kwatery w samym Le Mans lub pobliskich miejscowościach, jak Arnage i Mulsanne. Jednak my przenieśmy się do miejsca oddalonego o ok. 50 km od głównej areny zmagań, czyli do miasteczka La Chartre-sur-le-Loir.

To tutaj znajduje się Hotel de France, który wybraliśmy na naszą bazę wypadową, a w zasadzie został nam wybrany, o czym nieco później. Po raz pierwszy nazwa hotelu została użyta w 1905 roku, gdy budynek przy Place de la République 20 zakupili Alexandre i Marie Pasteau. W 1926 roku miejsce przejął ich syn Raoul, który poczynił pewne udoskonalenia, dzięki którym miejsce stało się nowocześniejsze. Pojawiła się bieżąca ciepła i zimna woda, a nawet telefon. W latach 30. XX wieku hotel przeżywał prawdziwy rozkwit. Na każde piętro doprowadzono centralne ogrzewanie i przynajmniej jedną łazienkę. Z tego okresu pochodzi też fasada w stylu art deco, którą w zasadzie w niezmienionej formie można podziwiać do dziś. Obecnie właścicielem jest miłośnik klasycznej motoryzacji Martin Overington, do którego należy Bentley Blower, którego regularnie można spotkać w pobliżu hotelu.

Spokojnie, rozkręcimy to w ogródku 

Najciekawszy rozdział w historii Hotelu de France rozpoczął się na początku lat 50. XX wieku. Jak głosi popularna motorsportowa legenda mały rodzinny hotelik, w niepozornej mieścinie, został odkryty przez Johna Wyera. Brytyjczyk był inżynierem i na przestrzeni lat szefem kilku zespołów wyścigowych, z którymi odnosił liczne zwycięstwa w różnych seriach wyścigów wytrzymałościowych. Po raz pierwszy do La Chartre-sur-le-Loir przyjechał w 1953 roku wraz z teamem Astona Martina i uczynił to miejsce bazą wypadową na tor de la Sarthe na długie lata. Na tyłach hotelu i między budynkami, czyli używając pięknego staropolskiego określenia w tzw. obejściu, przygotowywano samochody do sesji kwalifikacyjnych i wyścigów. Następnie drogami publicznymi dojeżdżano do Le Mans. Takie rozwiązanie praktykowano aż do połowy lat 70. W 1959 roku team Aston Martin dowodzony przez Wyera wygrał rywalizację w Le Mans samochodem DBR1, prowadzonym przez Roya Salvadori i Carrolla Shelby’ego. Bazą zespołu był oczywiście Hotel de France. Zachowało się wiele fotografii z tego okresu, które dzisiaj zdobią hotelowe ściany i uprzyjemniają poranną kawę.

Zdjęcia pochodzą z archiwum Hotel de France.

Długa lista gości

Wyer zmieniał teamy. Z Astona przeszedł do Forda, a następnie do, sponsorowanego przez Gulf Oil, J.W. Automotive Engineering Ltd, ale pozostał wierny hotelowi. Z czasem Hotel de France zapracował sobie na motorsportową renomę i stał się miejscem kultowym. To przyciągało kolejnych zawodników wraz z zespołami. Lista gości, którzy zatrzymali się w jego gościnnych progach jest niezwykle długa i imponująca, bo wśród przyjezdnych jest wielu zwycięzców 24h Le Mans. Na liście są takie osobistości jak Stirling Moss, Jo Siffer, Mario Andertti, Jacky Ickx, Derek Bell, Carroll Shelby, Richard Attwood, Bruce McLaren, Graham Hill, Frank Williams. Tutaj też spał Steve McQueen podczas kręcenia filmu Le Mans w 1971 roku. Na pamiątkę tych wydarzeń, niektóre z pokojów noszą nazwy po swoich słynnych gościach. Nieustannie do hotelu ściągają liczne kluby samochodowe organizując w tym miejscu przystanki podczas wypraw i przejażdżek.

Niespodzianka!

O tym, że podczas wyjazdu na Le Mans Classic będziemy spali właśnie w Hotelu de France dowiedzieliśmy się… dzień przed wyjazdem do Francji. Miała to być dla nas niespodzianka od Team Bołtowicz i faktycznie była. Ale jeszcze bardziej zaskoczyło nas samo zakwaterowanie. Do hotelu dotarliśmy po północy, a tam na dobre trwała impreza. Ludzie siedzieli w ogródku gwarnie dyskutując przynajmniej w trzech różnych językach. Przy tym popijali wino, zagryzając bagietką i serami… a na placu towarzyszyły im wyjątkowe maszyny, takie jak Alfa Romeo 8C, Lancia Fulvia Zagato, Cobry, MG i wiele innych. Nie pozostało nam nic innego jak rozpakować rzeczy i udać się na bardzo późną kolację!

Nie chce się wyjeżdżać

Sam hotel jest wyjątkowo przytulną przystanią podczas podróży. Pokoje są gustownie urządzone, schludne i wygodne. Z pewnością gwarantują odpowiedni relaks po długiej trasie lub wyczerpującym dniu na torze. Największą przyjemnością są jednak śniadania niespiesznie spożywane w ogródku przed hotelem. Przy kawie i croissantach czas płynie zdecydowanie wolniej. Podczas krótkiego porannego relaksu będziecie mieli okazje spoglądać nie tylko na auta zaparkowane na placu przed hotelem. Bardzo często wąską uliczką sąsiadującą z ogródkiem przeciskają się Porsche, Ferrari, Lotusy i inne klasyki. Przypomina to obrazy spod kasyna w Monako, gdzie każdy przyjeżdża się pokazać. W niedzielny poranek zawsze ktoś wpada tutaj na kawę! C’est la vie!

Tekst: Sławomir Poros
Zdjęcia: Maciej Jasiński / Wojtek Szoka

2. Śniadanie & Gablota Poznań 2022

Trzeci raz w tym sezonie w Poznaniu, ale drugi raz na legendarnym trawniku przed Hotelem Vivaldi. Część z Was szybko przywiązała się do nietypowej godziny pierwszego Śniadania i pojawiła się na miejscu przed organizatorami. A potem było już tylko lepiej. Na szczęście walkę o zwalniające się miejsca udało się rozegrać bez rękoczynów. Udało się też przyciągnąć uwagę przypadkowych przejeżdżających, którzy zapewniali, że zostaną z nami na dłużej. Nowe menu przygotowane przez restaurację po raz kolejny zebrało najlepsze laury od Śniadaniowiczów. A nieprzerwany potok ludzi i samochodów zwiastował, że 14 sierpnia zobaczymy się w co najmniej tak samo licznym gronie 🙂

Zdjęcia: Darek Kurkowiak

JAGMAN: polski mechanik w Le Mans Classic

Tomek “Tom Jagman” Zieliński ma 26 lat i pochodzi z Łodzi. Poznaliśmy się 6 lat temu podczas Santa Taxi – jednego z pierwszych wydarzeń organizowanych przez Tejsted. Przyjeżdżaliśmy wtedy po ludzi Camaro i zabieraliśmy na świąteczną pizzę. Jeden z takich przejazdów, który wygrał ktoś z obserwujących, miał być niespodzianką „dla kolegi, który wyprowadził się do UK i wrócił na święta do rodziny”. Tą osobą był właśnie Tomek. Od tamtego czasu utrzymujemy kontakt, a teraz mieliśmy okazję wspólnie przeżywać emocje na Le Mans Classic 2022. 

Kontrowersyjny Hawthorn

Z kolekcją samochodów należącą do Nigela Webba Tomek związany jest już od 10 lat. Najpierw do Anglii przyjechał jego tata, który rozpoczął pracę w majątku Nigela jako ogrodnik. Później dołączył do niego sam Tomek. Początkowo wykonywał proste prace warsztatowe. Dzisiaj wspomina to tak – „Wiesz, ja do wszystkiego doszedłem tutaj sam. Najpierw zamiatałem warsztat, później podawałem klucze, zostawałem po godzinach, żeby się czegoś uczyć, a dzisiaj jestem odpowiedzialny za auta i zespół wyścigowy. Sam do tego doszedłem ciężką pracą i zawzięciem!” Warto wspomnieć, że 74-letni Nigel Webb, to znany i ceniony kolekcjoner Jaguarów. Szczególną uwagę w swoich zbiorach, tworząc ku temu małe muzeum, poświęcił brytyjskiemu kierowcy wyścigowemu Mike’owi Hawthornowi. W 1955 roku Hawthorn zwyciężył w 24-godzinnym wyścigu Le Mans jadąc Jaguarem D-Type. Jednak ten sukces przyćmiły oskarżenia o to, że Hawthorn miał być bezpośrednio winny spowodowania tragicznego wypadku z udziałem Mercedesa 300 SLR prowadzonego przez Pierra Levegha. Śmierć poniosło wówczas 86 kibiców i francuski kierowca. W kolekcji Webba jest Jaguar D-Type odbudowany na bazie oryginalnego nadwozia, w którym Mike Hawthorn wygrał tragiczne Le Mans ’55. Co ciekawe ten sam samochód wygrał w Le Mans Classic 2016, a podczas tegorocznej edycji wydarzenia został użyczony do rywalizacji jednemu z przyjaciół Nigela. Trzy lata później Mike Hawthorn zdobywa tytuł Mistrza Świata Formuły 1. Ponownie w dość kontrowersyjnych okolicznościach, bo wygrywając zaledwie jeden wyścig. Zaraz po zakończeniu sezonu decyduje się zakończyć karierę, głównie w wyniku tragicznej śmierci na torze swego przyjaciela Petera Collinsa. Nie było mu dane cieszyć się życiem, gdyż 22 stycznia 1959 roku ginie w wypadku samochodowym. Do dziś niejasne są okoliczności wypadku w którym ginie 29-letni Hawthorn. Wiadomo, że feralnego dnia, gdy wypadł z drogi na obwodnicy Guildford pogoda była fatalna. Paradoksalnie podążał za Mercedesem 300 SL.

Ile to pojedzie?!

Tomek zaprasza mnie, żebym usiadł w ich wyścigowym C-Type, które właśnie przygotowuje do kolejnej sesji kwalifikacyjnej. To tym samochodem ściga się Nigel Webb podczas tegorocznego Le Mans Classic. Ciasno i surowo, ale naprawdę magicznie! Na desce rozdzielczej mosiężna tabliczka informująca o tym, że jest to najstarszy C-Type na świecie (pierwsza rejestracja 23 maja 1952 r.) Pierwszym właścicielem auta był Duncan Hamilton, który jadąc z Tonym Roltem, wygrał tym autem Le Mans ’53. Kawał historii! „Dużo w tym aucie prototypowych rozwiązań, jak na przykład tarczowe hamulce, z którymi często bywają problemy. Zaraz będę odpowietrzał cały układ hamulcowy i trzeba to robić na pracującym silniku. Po każdym przejeździe sprawdzam cały wóz, zawsze znajdzie się też jakaś śrubka, którą trzeba dokręcić.” – objaśnia Tomek. Auto jest w doskonałym stanie, ale nie da się ukryć, że ma już swoje lata. Nie wypominając nikomu wieku zastanawiałem się, czy zasłużyło sobie na jakąś taryfę ulgową. Tomek szybko wyprowadził mnie z błędu mówiąc, że Nigel wyciska z niego wszystko co się da i regularnie, podczas każdej sesji klasyfikacyjnej, osiąga top speed grubo ponad 200 km/h.

Gdy życie staje się wyścigiem

Ilekroć faceci mówią, że wjeżdżają na tor wyłącznie dla zabawy i nie chodzi o wynik – kłamią. Nawet przy najlepszej rozrywce, w której jest jakikolwiek element rywalizacji, zawsze chodzi o dobre miejsce! Właśnie dlatego robota mechanika wyścigowego jest trudna. Nieustannie trzeba gonić króliczka. „Pewnie, że miałem momenty zwątpienia. Takie, że chcesz trzasnąć drzwiami i wszystko rzucić. Czasem jest tego wszystkiego za dużo. Zaraz wrócimy z Le Mans i muszę przygotować auto na kolejny wyścigowy weekend. Dobrze nie odeśpię i już trzeba jechać dalej. Rozpakowanie wszystkiego, przygotowanie auta, powtórne spakowanie, kolejny wyjazd, to naprawdę męczące. Ale później myślę sobie o szansie jaką dostałem od życia i miejscu, w którym teraz jestem. Wiem, że muszę z tego skorzystać. Nie poddawać się! Pijesz mocną kawę, wracasz do warsztatu i ciśniesz dalej!” – szczerze wyznaje Tomek. W sezonie nie brakuje wyjazdów. Zespół startuje między innymi w Motor Racing Legends, Mike Hawthorn Jaguar Challenge, Goodwood Revival, Le Mans Classic i wielu innych.

Serwis nie zasypia

Odwiedzam Tomka w padoku po wieczornej sesji kwalifikacyjnej. Od razu pytam – Tomek, jak wynik?! Twarz zalewają mu drobne krople potu. Mimo później pory, w Le Mans jest tego wieczoru bardzo duszno. Jagman ociera pot z czoła, opiera się z widocznym zmęczeniem o bok C-Type i łapie chwilę oddechu. „Mamy trzecie miejsce, jest naprawdę dobrze! Ale coś nam wpadło przez przedni grill i uszkodziło chłodnicę. Zobacz tutaj, brakuje jednego żeberka. Pewnie jakiś kamień, bo po ptaku byłby ślad… lutuję to właśnie i mam nadzieję, że wytrzyma.” Przed zespołem jeszcze nocna sesja kwalifikacyjna i cały kolejny dzień wyścigów. Ściskając Tomkowi dłoń na pożegnanie myślę już o wygodnym hotelowym łóżku. Całodniowy upał i pokonane pieszo 26 km po torze de la Sarthe zrobiły swoje. Tomek spogląda na zegarek i rzuca w moją stronę – No! To teraz mam dwie godziny odpoczynku i wracamy na tor. Oby ta chłodnica wytrzymała! Zawsze podziwiałem mechaników wszelkich długodystansowych wyścigów. To ludzie, którzy pierwsi wstają i ostatni kładą się spać, o ile w ogóle mogą sobie na to pozwolić. Stoją z tyłu, niekiedy zupełnie bezimiennie wspierając potężne nazwiska znanych kierowców. Taki ich los. Gdy o tym rozmyślam patrząc na krzątających się w pocie czoła mechaników różnych zespołów dookoła nas, do Tomka przychodzi kilku gentlemanów trzymających dziurawą miskę olejową w rękach. Zrozpaczeni szukają spawarki. Przerywamy rozmowę. Tomek macha na nich ręką porozumiewawczo, a mi wyjaśnia – „w ostatniej chwili przed wyjazdem wrzuciłem małą spawarkę do kampera. Pomogę im, niech się jeszcze pościgają!” 

Zespół Jaguar No 6 Racing Team, podczas Le Mans Classic 2022, wywalczył doskonałe trzecie miejsce w swojej kategorii na 74 sklasyfikowanych. W ostatniej chwili przed wręczeniem nagród Nigel Webb został jednak ukarany pięciosekundową karą za przekroczenie dozwolonej prędkości w alei serwisowej,
co spowodowało spadek na czwartą pozycję.

Wsiadłem do niej i poczułem, że to właściwe miejsce

Tomek, a czym Ty jeździsz na co dzień? – luźno zapytałem. Byłem przygotowany na kilka różnych odpowiedz, ale tej, która padła naprawdę się nie spodziewałem. „Ja kocham Mazdę, one mają coś w sobie. Od zawsze kombinowali i robili ciekawe auta. Zobacz na to 787B, które przyjechało na Le Mans w tym roku – czyż nie jest boskie? Albo pierwsza generacja MX-5, z rozkładem masy 50:50. Idealne do jazdy na torze. Z moją Mazdą było tak, że pojechałem na wakacje do Polski i wypożyczyłem sobie «szóstkę». Wsiadłem i od razu się zakochałem. Rok później kupiłem. Co ciekawe przymierzałem się do silnika benzynowego, ale ostatecznie kupiłem diesla 2.2 SkyAcitve z 2017 roku i nie żałuję. To bardzo mocne auto, wystarczająco szybkie i ekonomiczne, a ja robię dużo tras. Często trzeba odebrać jakieś części do aut, albo zawieźć coś do naprawy. Dla mnie idealne daily!”

Tekst: Sławomir Poros
Zdjęcia: Maciej Jasiński

1. Śniadanie & Gablota Oława 2022

Czy to będzie sezon bicia rekordów frekwencji? Porywisty wiatr, temperatura mocno wskazująca na długi rękaw nie były dla Was żadną przeszkodą. Fakt, że startowaliśmy oficjalnie o 10.00 nie był zbyt istotny dla nikogo – o 9.50 parking już był pełen. Cóż, tzw „klasyka dolnośląska”. Warte odnotowania jest również to, iż pierwszy raz od wielu lat nie było „wrocławskich naleśniczków”…. Ale! Debiutowali u nas Gia Gia z włoskimi Śniadanioboxami – zestaw zawierający panini, crossainta oraz lemoniadę przypadł Wam tak do gustu, że … wyprzedaliśmy wszystkie zapasy. Kończąc wątek debiutów śniadaniowych – nasi Przyjaciele z High Octane pokazali się z napojowymi nowościami w nowym busie z genialnymi nalewakami! Tak, śmiało mówimy, że to było jedno z najliczniejszych Śniadań w historii!

Poniżej galeria od Bartosza Pietrzaka.

1. Śniadanie & Gablota Warszawa 2022

Przewrotnie pierwsze warszawskie Śniadanie & Gablota ’22 nie do końca było pierwsze! W stolicy widzieliśmy się już w tym sezonie podczas Ikon Śniadania w styczniu, gdy symbolicznie otworzyliśmy kolejny rok naszych spotkań. Ale kto powiedział, że za każdym razem nie możemy się spotykać ten pierwszy raz?! Było nam niezwykle miło po raz kolejny gościć Was w Warszawie i spędzić z Wami ten piękny lipcowy poranek. Następne śniadanie w stolicy już 8 sierpnia i tak jak już zapowiadaliśmy… w kolejnym, nowym, miejscu! W tym sezonie postanowiliśmy wędrować po mapie miasta zabierając Was w różne ciekawe zakątki.

Partnerzy ŚnG Warszawa 2022: Team Bołtowicz & MAZDA Bołtowicz

1. Śniadanie & Gablota Łódź 2022

To było największe Śniadanie & Gablota w pięcioletniej historii łódzkich spotkań! Ukryte Rzeki zdecydowanie przypadły Wam do gustu, a frekwencja pierwszego wydarzenia w Łodzi w sezonie ’22 była niesamowita. Ponad 200 wydanych śniadań, pełen parking gablot i mnóstwo uśmiechniętych twarzy, to jest magia ŚnG. Do zobaczenia na kolejnym śniadaniu w Łodzi już 31 lipca!

Poniżej relacje od Eugena Tkachenko oraz Bartosza Pietrzaka!

Śniadanie & Gablota Łódź nad Ukrytą Rzeką!

Pewnego dnia Maciek Jasiński, reprezentujący wrocławski oddział Śniadanie & Gablota, zatrzymał się w Łodzi. Poszliśmy to tu, to tam – chciałem rozpalić w nim miłość do mojego rodzinnego miasta. Pokazałem fabrykanckie wille, kamienice, podwórka, kawiarnie i restauracje. Gdy na Księżym Młynie kończyliśmy ekscytującą wycieczkę po łódzkich zakamarkach dodał – ale super ta Łódź! Szkoda tylko, że nie macie rzeki, tak jak my we Wrocławiu! I to wcale nie jest tak, że poszczególne miasta rywalizują między sobą podczas organizowania śniadań, albo rozdajemy sobie dodatkowe punkty za to kto ma rzekę w mieście. Jesteśmy przecież jedną wielką kochającą się rodziną i nie chodzi o udowadnianie sobie czegokolwiek…

Więcej niż jedna rzeka? Łódź!

Jak donosi Baedeker łódzki, którego uwielbiam i wszystkim polecam, obecnie w granicach administracyjnych Łodzi jest aż 18 „rzek!” Niestety zgodnie z oficjalną klasyfikacją tylko dwie z nich są prawdziwymi rzekami, a mowa tutaj o odcinkach Bzury i Neru. Oprócz nich w granicach administracyjnych miasta leniwie sączą się jeszcze Sokołówka, Wrząca, Brzoza, Aniołówka, Zimna Woda, Łagiewniczanka (zwana też Brzozą II), Miazga, Gadka, Jasień, Olechówka, Augustówka, Karolewka, Łódka, Bałutka, Jasieniec i Dobrzynka. Łącznie to aż 126 km wodnej żyły tętniącego miasta! Najdłuższa z nich to liczący 22,5 km Ner. Ponadto w rejestrach służb miejskich odnotowano 11 bezimiennych cieków wodnych, które dokładają kolejne 26 km sieci wodnej.

Majowy podwieczorek w restauracji Ukryte Rzeki (fot. B. Pietrzak, E. Tkachenko)

Źródło, inspiracja, początek

Cechą charakterystyczną wspomnianych cieków jest to, że szczególnie w centrum miasta, przebiegają one w podziemnych kanałach nadając im magicznego charakteru. Właśnie z tych niezwykłych historii swoje źródło zaczerpnęła restauracja Ukryte Rzeki. Jest to stosunkowo młode miejsce na gastronomicznej mapie Łodzi, bo powstało pod koniec 2021 roku, ale już zdobyło uznanie i sympatię wśród Łodzian. Więc czy może być coś lepszego niż Śniadanie & Gablota nad Ukrytymi Rzekami w Łodzi?

Testujemy! (fot. B. Pietrzak)

Nie serwujemy śniadań, ale dla Was zrobimy wyjątek

Nie od razu zdecydowaliśmy się na współpracę z Ukrytymi Rzekami. Przede wszystkim dlatego, że restauracja nie serwuje śniadań… Standardowa karta menu zaczyna się od lunchów, a sama restauracja zaczyna ożywać każdego dnia od godziny 12:00. Z pewnością dla niektórych naszych Śniadaniohollyków, tych którzy mają problemy z wczesnym wstawaniem, byłby to niebywały atut, ale nazwa Śniadanie & Gablota zobowiązuje do poświęceń! Manager Ukrytych Rzek – Adam Kopczyński, doskonale wiedział jak nas przekonać do współpracy mówiąc wprost – my nie serwujemy śniadań, ale potrafimy je robić, a dla Was zrobimy coś wyjątkowego! Czy siedząc tamtego wieczoru przy stoliku z Adamem i spoglądając pierwszy raz na menu z napisem „UKRYTE RZEKI” pomyśleliśmy o Maćku i jego „szkoda, że w Łodzi nie macie rzeki”?

Adam Kopczyński, manager restauracji Ukryte Rzeki (fot. B. Pietrzak)

Otóż wcale o tym nie pomyśleliśmy, dlatego zapraszamy nad rzekę!

Pierwsze spotkanie w nowej lokalizacji odbędzie się już 26 czerwca o godz. 10:00. W stosunku do poprzednich sezonów Śniadanie & Gablota w Ukrytych Rzekach czeka na Was kilka nowości i udogodnień. Przede wszystkim – lokalizacja przy ul. Piotrkowskiej 295A (teren Ogrodów Geyera) daje nam szansę na zaproszenie jeszcze większej ilości Śniadaniohollyków bez obawy na brak miejsc parkingowych. Wszyscy się zmieścimy! Kolejną zmianą jest sama forma śniadania. „All you can eat!” to formuła, w której płacisz raz (40 PLN), otrzymujesz opaskę, a wraz z nią dostęp do Śniadaniowej Strefy wewnątrz restauracji – bez trudu ją zlokalizujecie. Tam czekają na Was pyszności przygotowane przez Szefa Kuchni (na ciepło, na zimno i na słodko) oraz napoje do wyboru. Z opaską swobodnie możecie wejść po dolewkę kawy, czy na kolejną herbatę, więc spokojnie możecie zjeść śniadanie przy stoliku, a z drugą kawą ruszyć na parking, żeby pogadać ze znajomymi. Strefa Śniadaniowa będzie dostępna od 10:00 do 12:30. Po tym czasie Ukryte Rzeki rozpoczynają swoją regularną pracę, ale oczywiście nie wyganiają nas! W restauracji możecie zostać ile chcecie, ale jeśli planujecie zjeść lunch lub obiad, a nawet posiedzieć do kolacji, to z uwagi na popularność restauracji sugerujemy zarezerwować wcześniej stolik pod numerem 507 508 399. Rezerwacje będą przyjmowane wyłącznie na godz. po 12:30.

Tak oto wygląda historia ŚnG Łódź nad ukrytą rzeką. W maju przeprowadziliśmy udane podwieczorkowe testy i miejsce spisało się doskonale! Dziękujemy wszystkim za obecność na Pre-Season Test, a w szczególności Łódzkie Amcary, MotoSport Parts, Route 666 oraz D3TAILER i do zobaczenia na łódzkim śniadaniu już w najbliższą niedzielę!      

Śniadanie & Gablota PODRÓŻuje z Klasyczną Strefą Wrocław #1 _2022

Wielokrotnie podkreślaliśmy, że dla nas najważniejsza jest droga a nie sam cel podróży, jednak w tym przypadku destynacja była równie istotna! Beach bar w centrum Wrocławia skąpany w letnich promieniach słońca. Pyszna pizza przyprawiona motoryzacyjnym miksem kultur. Beztroski sobotni chill na plaży przy dźwiękach elektronicznej muzyki. Alternatywny świat w centrum dużego miasta, a do tego goście z całej Polski, a nawet Berlina! Co ciekawe, ostatnie samochody wyjechały do domu grubo po północy! Przed Wami obszerna relacja z Podróżowania! Pierwszą część albumu serwuje wracający po przerwie do fotograficznego fachu Michał Bolzega, drugą natomiast podaje stary wyjadacz Bartosz Pietrzak.

Bilety do kontroli i zapraszamy w Podróż!

Śniadanie & Gablota x SAKURA na Torze Poznań ’22

To było turbo spotkanie! 5 czerwca 2022 roku po raz pierwszy od kilku lat spotkaliśmy się w Poznaniu nie na zielonej trawce przed hotelem Vivaldi, a na legendarnym obiekcie jakim jest Tor Poznań! Całe to zamieszanie za sprawą zaproszenia jakie otrzymaliśmy od naszych przyjaciół z SAKURA KAZOKU, aby przygotować poranną zaprawę dla uczestników weekendowego ścigania podczas Gaijin 2022. Piękna pogoda, wspaniali ludzie, różnorodność gablot, pyszne śniadanie i towarzystwo rozgrzanej asfaltowej pętli gotowej do rywalizacji – IDEALNIE! Śniadaniohollycy, dziękujemy za kolejne piękne Śniadanie w wyjątkowym miejscu!

Zdjęcia: NOWAKIEWICZ PHOTO

96 lat temu ruszyła polska ekspedycja dookoła świata. Ratujemy klasyka!

Śniadanie & Gablota już dawno wyszło poza ramy organizatora porannych spotkań. Przez ostatnie pięć lat podejmowaliśmy się różnych wyzwań. Wysłaliśmy śniadanie do stratosfery, ustanowiliśmy oficjalny rekord Polski w najszybszym objechaniu granic naszego kraju, a tym razem przywróciliśmy blisko 100 – letniego klasyka do życia!

Wyprawa dookoła świata!

Przy okazji materiału z Muzeum w Płocku już nieco tłumaczyłem moją słabość do II RP. W okresie dwudziestolecia międzywojennego pragnienie zwiedzania świata było tak ogromne, że na przestrzeni lat powstał cały szereg mniejszych i większych wypraw w najróżniejsze zakątki świata. Jedną z nich była podróż dookoła świata polskich harcerzy, której celem była „wielka światowa propaganda na rzecz naszej Ojczyzny”. Pierwszy raz przeczytałem o niej na stronie Mariusza Kwestorowskiego, którą wszystkim polecam na dobry początek zgłębiania tej historii. Dokładnie 96 lat temu, 30 maja 1926 roku, wyprawa wyruszyła z Warszawy. Na jej czele stał druh Jerzy Jeliński, pozostałymi członkami ekspedycji byli: Eugeniusz Smosarski, Bruno Brettschneider oraz Jan Ława. Centralne Warsztaty Samochodowe przygotowały specjalne nadwozie, przypominające kadłub statku, zamontowane na podwoziu Forda T. Finalnie konstrukcja okazało się dość niewygodna w użytkowaniu i mało trwała, co miało niebagatelny wpływ na jej dalsze losy. Wyprawa miała bardzo podniosły charakter, podróżników żegnał prezydent Ignacy Mościcki oraz Marszałek Józef Piłsudski, który miał powiedzieć – „gdy opaszecie flagą polską kulę ziemską, zameldujcie się u mnie, lecz w przeciwnym razie nie pokazujcie mi się na oczy”.

Pobyt harcerzy u marszałka Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Pierwszy z lewej widoczny Jerzy Jeliński oraz żona marszałka Aleksandra Piłsudska. W tle wyprawowy Ford T (źródło: NAC)

Trudna to była wyprawa

Podróż dookoła świata zajęła 28 miesięcy. 30 października 1928 roku do Ojczyzny powrócił… sam Jerzy Jeliński, a na dodatek Buickiem, a nie Fordem. Wyprawa stawiała czoła wielu przeciwnościom, głównie finansowym. Problemy były na tyle duże, że podróżnicy musieli uciekać się niekiedy do sprzedaży własnych zapasów lub wykonywania różnych prac. Dokładnie taki sam podróżniczy los spotkał kilka dekad później R. Sługockiego i Z. Rzeżuchowskiego! Dochodziło również do nieporozumień między samymi członkami wyprawy, a nawet poważnych oskarżeń. Były nawet podejrzenia, że w pewnym momencie członkowie są werbowani do obecnego wywiadu. We Włoszech przymusowo usunięto Jana Ławę, który później wysnuł szereg oskarżeń w stosunku do Jelińskiego. W Algierii Bruno Brettschneider zmęczony tułaczym żywotem odłączył się od pozostałych i wrócił do Polski. Jako ostatni z wyprawy odpadł Eugeniusz Smosarski, który nie został wpuszczony do USA z powodu zakaźnej choroby oczu, której nabawił się w Afryce. Jeliński został sam. Doskonale zdawał sobie sprawę, że wyeksploatowany Ford, który po miesięcznym rejsie na pokładzie statku był już mocno zdewastowany, nie sprosta dalszej wyprawie. Dlatego w USA podjął działania zmierzające ku wymianie samochodu. Odwiedzając liczne ośrodki polonijne, prowadząc odczyty i wykłady udało mu się uzbierać pieniądze na Buicka, którym szczęśliwie dokończył podróż wiodącą przez Azję, a następnie Kanałem Sueskim do Europy. W Ojczyźnie został powitany z największymi honorami przez tłumy warszawiaków i prezydenta Mościckiego. W czasie wyprawy Jeliński pokonał 78 000 km, czyli właściwie dwukrotnie okrążył Ziemię dookoła. Za swoją postawę skaut został odznaczony Krzyżem Zasług. Jeliński od dekad uznawany jest za pierwszego Polaka, który odbył podróż dookoła świata samochodem. Jednak czy ta narracja jest prawdziwa? Wszystko wskazuje na to, że niestety nie. Dwa lata przed nim podobnego wyczynu dokonał Walery Pieczyński, znany jako kapitan Walter Wanderwell, wraz ze swoją młodziutką żoną Idris Hall vel Alohą Wanderwell. Jednak postać samozwańczego kapitana z uwagi na ogromne kontrowersje wokół swojej osoby popadła w zapomnienie i niełaskę. 

Prawdziwy przyjaciel zawsze patrzy z zaufaniem

Już w dwudziestoleciu międzywojennym o wyprawie powstało mnóstwo artykułów, które można liczyć w setkach, a nawet tysiącach. Najobszerniejszą relacją z ekspedycji była jednak wyjątkowa książka „Pod Polską flagą samochodem naokoło świata. Podróż skauta Jerzego Jelińskiego” autorstwa Władysława Umiński. Właśnie to działo stało się celem naszych poszukiwań. Po kilku miesiącach odkupiliśmy książkę od jednego z warszawskich handlarzy. Był to zupełny zbieg okoliczność. Po prostu znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Niewiele myśląc staliśmy się posiadaczami rozpadającej się w dłoniach unikalnej książki, którą sprzedający uprzejmie włożył nam w dużą kopertę, żebyśmy nie pogubili kartek schodząc z ostatniego piętra wysokiego bloku. Wiedzieliśmy, że tę pozycję ciężko zdobyć, a już wyjątkowo trudno dostać ją z oryginalną okładką. Pamiętam jak Maciek spoglądał w windzie na wypchaną makulaturą kopertę z radosnym uśmiechem i o dziwo zaufaniem, że cały ten misterny plan się uda. W drodze do domu odwiedziliśmy jeszcze grób Jerzego Jelińskiego i zapaliliśmy symboliczne znicze.

To co przetrwało wojnę stało się marmurem

Książka była w złym stanie, ale co najważniejsze była kompletna. Sprawą nie bez znaczenia jest to, że nasz egzemplarz to pierwsze warszawskie wydanie z 1929 roku, które zawierało fotografie oraz przedrukowaną księgę pamiątkową. Wśród nich znalazły się wpisy prezydenta RP Ignacego Mościckiego, marszałka Józefa Piłsudskiego, premiera Włoch Benito Mussoliniego, króla Belgi Alberta I Koburga, prezydenta USA Johna Calvina Coolidge’a Jr. i wiele innych. Ile książek wydrukowano przed wojną? Prawdopodobnie kilka tysięcy, z czego można szacować, że wojnę przetrwała połowa nakładu. Wydanie drugie z 1946 roku było już pozbawione zdjęć, a księgę pamiątkową okrojono do 19 wpisów. Zostało ono przeznaczone wyłącznie na wewnętrzny użytek organizacji harcerskich. W przypadku przedwojennych książek większość pozycji była wydrukowana na słabej jakości papierze przy marnych technologiach, a to z kolei sprawiało, że książki z upływem lat się notorycznie rozklejały i łatwo ulegały zniszczeniu. To co przetrwało wojenne perypetie, w późniejszych latach trafiało najczęściej w tzw. oprawy introligatorskie wykonywane z różną starannością. Z pewnością kojarzycie „marmurkowe” sztywne oprawy lektur dostępnych w szkolnych bibliotekach. A okładka nie jest tutaj bez znaczenia! Na stronie tytułowej, pierwszego wydanie „Pod Polską flagą…”, widnieje wymowny obraz przedstawiający anioła w białej przepasce, który czuwa, aby samochód z biało – czerwoną flagą nie wpadł w przepaść. Jest to reprodukcja akwareli namalowanej przez Wiktora Mazurowskiego, na którego uczestnicy wyprawy natknęli się we Włoszech. Malarz w 1927 roku przeprowadził się do Rzymu, gdzie mieszkał i tworzył do 1939 roku. Tam też poznał się z Jerzym Jelińskim, którego oprowadzał po mieści, a w dowód sympatii namalował dla niego pamiątkowy obrazek, który później stał się wyjątkową okładką. Miał to być wyraz uznania za przebycie trudnych górskich dróg. Bardzo nam zależało na uratowaniu tej unikalnej pierwszej strony i chcieliśmy, aby nasz egzemplarz był odnowiony w najlepszy możliwy sposób, a co najważniejsze przetrwał kolejne długie lata.

Pan Marek umie wszystko!

Kolejne tygodnie zajęło nam wybranie zakładu introligatorskiego, któremu zdecydowalibyśmy się powierzyć prace konserwatorskie. Wydawałoby się, że mając dostęp do Internetu wszystko jest proste, ale to tylko pozory. W całej Polsce jest przynajmniej kilkudziesięciu fachowców, którzy trudnią się tym wymierającym zawodem. Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł profil Mapa ginących zawodów, na którym opublikowano historię pana Marka z Łodzi. Marek Gabryś od 15 lat prowadzi swój własny zakład introligatorski w Łodzi przy ul. Sienkiewicza 38. Pracy nad książkami poświęcił w sumie 45 lat swojego życia i oddał jej całe swoje serce. Na pierwszym spotkaniu ze szczegółami opowiedział nam o tajnikach tej bardzo wymagającej profesji i kompleksowo opisał jak będzie wyglądał cały przekrój prac. Od razu wiedzieliśmy, że to TO! I tak też się stało, po dwóch tygodniach odebraliśmy od pana Marka pięknie oprawioną i odświeżoną książkę z 1929 roku! Jeśli tylko będzie ku temu okazja, to pojawi się ona na kilku naszych śniadaniach, żebyście mogli osobiście dotknąć kawałka przedwojennej motoryzacyjnej historii. My tymczasem już dzisiaj, 30 maja 2022 roku, dokładnie w 96. rocznicę rozpoczęcia się harcerskiej wyprawy dookoła świata meldujemy wykonanie zadania!

Gdybyście mieli ochotę przeczytać tę wyjątkową lekturę w domowym zaciszu, to na stronie Mariusza Kwestorowskiego znajdziecie nie tylko ciekawostki dotyczące samej wyprawy, ale również darmowy e-book i skany oryginalnej książki do pobrania.

Lublin to podróż przez smaki i dekady

16 maja 1898 roku w Warszawie na świat przyszła Tamara Łempicka. Uznałem, że urodziny artystki doskonale będzie świętować w Lublinie, podczas trwającej właśnie wystawy czasowej Tamara Łempicka – Kobieta w Podróży.

Lublin Perłą płynący

Pierwszym zaskoczeniem jakie nas spotkało w Lublinie to nocleg. Zdecydowaliśmy się na apartament w kompleksie dawnych Browarów Vettera, które dziś należą do Perła – Browary Lubelskie S.A. Pokoje zostały zaprojektowane w 2015 roku przez warszawskie studio Projekt Praga. I są genialne! Klucze przekazała nam uśmiechnięta pani concierge i od razu wprowadziła w świat Perły, która jak się okaże jest ważnym lokalnym graczem inwestującym w szereg różnych atrakcji. Od razu zdecydowaliśmy się na wycieczkę po podziemiach dawnego browaru, które znajdą się zaledwie parę kroków od apartamentów. Obecnie piwo Perła produkuje się kilka ulic dalej, jednak historyczny kompleks został wyremontowany i zachowany jako atrakcja turystyczna. Mała grupa, przewodnik zafascynowany złocistym trunkiem i bardzo ciekawa historia.

Do tatara destylat musi być zimny!

O samym zwiedzaniu podziemi nie napiszę nic, bo nie chcę odbierać wam ewentualnej przyjemności z poznawania tego miejsca. Historia ma to do siebie, że zawsze plecie ze sobą losy radosne, z tymi pełnymi goryczy, a w tym miejscu gorycz piwa łączy się z tą ludzką. Po symbolicznej degustacji zostaniecie zachęceni do dalszego pogłębiania swojej wiedzy w zakresie piwowarstwa. Co nie będzie zaskoczeniem z pewnością polecona zostanie wam pobliska Perłowa Pijalnia, która również należy do Browaru Lubelskiego S. A. Przy 30 – metrowym barze, podobno jednym z najdłuższych w Europie, zasmakujecie nie tylko w lokalnych piwach, ale między innymi w polskich winach. Pijalnia dysponuje też bardzo przyjemnym ogródkiem, w którym tatar i zimna pięćdziesiątka Baczewskiego smakuje wręcz obłędnie. Uwadze poleca się też kaszanka podawana w bardzo ciekawy sposób, która rozpływa się w ustach. Naprawdę jest to ciekawy lokal, a nawet nie wyszliśmy poza obręby Perłowego zagłębią, gdzie dodatkowo znajduje się kino plenerowe i miejsce na koncerty. Ukłony dla przemiłego brodatego szefa baru za gościnę! Trunki, potrawy, wystrój, atmosfera, wszystko się zgadza, ale to ludzie są solą takich wyszynków.

Śniadanie jest najważniejsze

Jak zauważyliście między tatarem, a śniadaniem występuje pewna luka. To wszystko za sprawą nocnego Lublina, który wciąga niczym Bangkok w Kac Vegas oferując całą paletę atrakcji i przeżyć. Zalecam spacer uliczkami starego miasta, które w nocy tętnią życiem… to piwo tu, to piwo tam, c’est la vie! Po takiej wyprawie niezbędny jest poranny posiłek pokrzepiający ciało i duszę. I tutaj z pomocą przychodzi Pelier Bistro. Fantastyczne miejsce, które łączy elementy steam punku z art deco. A do tego serwuje wyborne śniadania! Croque Madame i Benedykta, nic więcej nie potrzebujecie, a na śniadaniach się znamy! Warto wspomnieć, że Pelier to również lokal schowany w bocznej uliczce o nazwie Nocny Portier. Nawiązuje do kolonialno – orientalnych klubów podróżników, w których przebywali niegdyś niestrudzeni tułacze opowiadający o dalekich morskich wyprawach i egzotycznych wyspach, z których przywozili rozmaite trunki. To idealne miejsce na drinka. A przecież nie ma podróżowanie bez odkrywania. Nocny Portier skrywa tajemniczą salę, do której dostępu strzeże małpa. Jeśli znasz hasło możesz odkryć szalony świat!

Tamara dopięła swego!

Lublin to podróż przez smaki, ale również przez dekady. Bez trudu można tutaj znaleźć liczne lokale odwołujące się stylistyką oraz menu do okresu dwudziestolecia międzywojennego. Godne polecenia są restauracja Niepospolita oraz Zaczarowana Dorożka, które odpowiednio nastroją w drodze do Muzeum Narodowego w Lublinie. To właśnie tam przygotowano wystawę czasową Tamara Łempicka – kobieta w podróży. Jest to nie tylko zaproszenie do poznania twórczości nietuzinkowej malarki, ale również próba ukazanie okresu dwudziestolecia międzywojennego w Polsce oraz Europie. Jeszcze przed przekroczeniem progów muzeum powita nas Bugatti należące do Maćka Pedy. Odwołuje się ono do jednego z najbardziej ikonicznych obrazów Łempickiej Autoportret w zielonym Bugatti, dookoła którego jeszcze za życia artystki narosła legenda dotycząca jego powstania. Zresztą tę historię, jak i szereg innych przez całe życie, wymyśliła sama autorka. Poszukajcie! Osią wystawy jest podróż malarki przez Europę, którą nieustannie odbywała przez całe życie. Na poszczególnych przystankach dzieła Łempickiej wzbogacono o twórczość również innych artystów okresu dwudziestolecia, aby nadać im szerszy kontekst. Całość uzupełniono elementami z epoki, ale zdecydowanie nie jest to ta sama genialna energia, która panuje w Muzeum w Płocku. Wystawa cieszy się bardzo dużą popularnością, mimo wysokiej ceny biletów. 40 PLN (bilet normalny), który uprawnia wyłącznie do obejrzenia tej jednej wystawy, to dość sporo. Ale to tylko potwierdzenie, że Tamara Łempicka mimo upływu lat wciąż rozbudza zmysły, elektryzuje i przyciąga tłumy.

Z pewnością Tamara Łempicka jest dobrym impulsem, aby wyruszyć do Lublina, ale oferta miasta jest na tyle bogata, że samo w sobie jest doskonałym pomysłem na city break.

Śniadanie & Gablota Łódź 2022: Pre-Season Test

Wszystko zaczęło się od pomysłu na sesję promującą pierwsze Śniadanie & Gablota Łódź w sezonie 2022, które odbędzie się 26 czerwca o godz. 10:00 w Ukrytych Rzekach. Potrzebowaliśmy kilku samochodów, aby zaprezentować nowe miejsce, o czym poinformowaliśmy na naszym facebooku. Odzew i zaangażowanie łódzkich Śniadaniohollyków był tak duży, że postanowiliśmy zaprosić wszystkich na bardzo spontaniczny piątkowy Podwieczorek & Gablota! Była to świetna okazja do spotkania się po zimowej przerwie, a przy okazji do zaprezentowania nowej łódzkiej bazy na sezon 2022. Planujemy kilka nowości i udogodnień, o których będziemy systematycznie informowali. Już teraz możemy jednak zdradzić, że w tym roku śniadanie będzie miało formę szwedzkiego stołu działającego na zasadzie – all you can eat! Dodatkowym atutem nowego miejsca jest ogromny parking, na którym nie zabraknie miejsca dla żadnego fana naszych porannych spotkań. Dziękujemy wszystkim, którzy nas odwiedzili w piątek trzynastego i do zobaczenia wkrótce!

Zdjęcia: Bartosz Pietrzak

Pomimo deszczu byliśmy na premierze „Pomimo”

W 1957 roku dwóch śmiałków wyruszyło spod Pałacu Kultury i Nauki na wyprawę dookoła świata. 65 lat od tamtych wydarzeń powstał film upamiętniający tę wyjątkową przygodę!

Expressowa wyprawa dookoła świata

W 1957 roku Zygmunt Rzeżuchowski i Ryszard Sługocki wyruszyli z Warszawy w podróż dookoła świata pod patronatem popularnej PRL-owskiej gazety popołudniowej „Express Wieczorny”. Trasa wiodła przez Czechosłowację, Austrię, Węgry, Jugosławię, Bułgarię, Turcję, Iran, Afganistan, Pakistan, Indie i Birmę aż do Chin. Mimo posiadania wiz do Japonii i USA przedsięwzięcie zakończyło się skandalem dyplomatycznym i aresztowaniem obu podróżników zaraz po przekroczeniu granicy Chińskiej Republiki Ludowej. Niebezpieczne spotkania z uzbrojonymi bojówkami, płomienne romanse z napotkanymi kobietami, poker z dyplomatami i suto zakrapiane rauty w ambasadach. O szczegółach tej fascynującej wyprawy z nagłymi zwrotkami akcji możecie przeczytać na Tejsted. Skupmy się jednak na filmie „Pomimo”

Filmowcy amatorzy z ambicjami!

20 kwietnia 2022 roku w warszawskim kinie Muranów odbyła się premiera filmu „Pomimo”. Jest to obraz stworzony przez Mateusza Pasternaka i Jacka Sawickiego, jak o sobie mówią – dwóch amatorów z marzeniami o własnej produkcji filmowej! Blisko cztery lata temu w ich ręce wpadła książka napisana przez Ryszarda Sługockiego, jednego z uczestników wyprawy dookoła świata, pt. „Od Wisły do Rzeki Perłowej”. Bogato ilustrowana publikacja została wydana w 2011 roku i jest to pięćset stron niezwykle pasjonującej historii wypełnionej po brzegi wartką akcją. Nic dziwnego, że zainspirowani tymi przygodami Mateusz i Jacek postanowili odnaleźć autora i zrobić o nim film dokumentalny. Na ich potrzeby Ryszard Sługocki udostępnił swoje przepastne archiwum dotyczące wyprawy i ponownie opowiedział o wydarzeniach sprzed ponad połowy wieku. Produkcja pochłonęła ponad trzy lata. 

Czy to jest amatorski film?

Osobiście „Pomimo” oglądało mi się bardzo dobrze i przyjemnie, ale przyznaję, że przed premierą miałem już za sobą lekturę książki Ryszarda Sługockiego, więc dość dobrze znałem całą historię i jej zawiłości. Film zdecydowanie nie jest ekranizacją książki, bo ten z pewnością trwałby wtedy cztery godziny zamiast jednej, a jedynie w dość skrótowy sposób obrazuje najważniejsze elementy wyprawy i zachęca do dalszego zgłębiania tej historii. Jest jeden moment, w którym następuje dość niezrozumiały przeskok czasowy, po którym widz może zadać sobie pytanie – ale to co się stało pomiędzy? Jednak to drobne niedopowiedzenie zupełnie nie wpływa na całościowe zrozumienie narracji, którą uzupełniają ciekawe animacje, wciągająca muzyka i głos niezapomnianego Tomasza Knapika, z ust którego nawet soczysta „kurwa” brzmi jakoś tak bardziej poetycko! Dowodem niech będzie kilkukrotnie wybuchająca salwami śmiechu publiczność, która po zakończeniu projekcji nagrodziła autorów oklaskami na stojąco – zupełnie zasłużenie. Takich braw za swój wyczyn zdecydowanie nie otrzymali główni bohaterowie Expressowej wyprawy, czyli Ryszard Sługocki i Zygmunt Rzeżuchowski (zmarł w 2014 roku). Gdy w październiku 1957 roku podróżnicy wrócili do kraju natychmiast zostali poinformowani o tym, że ich wprawa z przyczyn politycznych musi zostać wyciszona. 30 000 km za kierownicą Warszawy 200 w okropnie trudnych warunkach miało zostać zapomniane na zawsze… Myślę, że ten film, to bardzo ważny projekt, bo dopisuje zakończenie, do tej wspaniałej przygody i ratuje ją od zapomnienia na kolejną dekadę.

To mógł być YouTube

Cieszę się, że Mateusz i Jacek zrobili film, który został pokazany w kinie. Może kiedyś ich produkcja trafi na jakąś popularną platformę streamingową lub YouTube. To z pewnością przyczyniłoby się do popularyzacji tej wspaniałej historii, ale dziś dobrze jest to oglądać właśnie w ten sposób. Dlaczego? Bo kino to wciąż magiczne miejsce, a w szczególności tak klimatyczne jak Kino Muranów, które otwarto w 1951 roku. Retro wnętrza, podniosła atmosfera, lampka wina, bardzo duża sala wyłożona czerwonym materiałem… miejsce idealne i godne premiery! 

Brawo! 

Podziękowania dla Mateusza Pasternaka i Jacka Sawickiego
za udostępnione materiały oraz zdjęć.

Czeski film, czyli kilka słów o Škodzie

Status Škody w Polsce jest zabawny. Przez lata samochody z kogutem na masce zapracowały sobie na miano aut dla przedstawicieli handlowych i pracowników korporacji średniego szczebla. Kilkanaście lat temu, gdy samochody flotowe i poleasingowe zaczęły pojawiać się w prywatnych rękach okazało się, że są to po prostu bardzo solidne auta, które można naprawić za grosze w przydomowej szopie. Nagle Škoda stała się liderem sprzedaży samochodów osobowych w naszym kraju. Dzisiaj przed czeskim producentem otwiera się zupełnie nowy wizerunkowy rozdział z dużymi ambicjami.

Pivo dělá hezká těla

Powodów, żeby odwiedzić Czechy jest bardzo wiele, a jednym z najpopularniejszych jest zakładanie firmy i wizja beztroskiego życia przedsiębiorcy – milionera. Ale nasi południowi sąsiedzi mają zdecydowanie więcej do zaoferowania niż optymalizacja podatkowa. Przede wszystkim to piękny kraj z bogatą historią sięgającą IX w. Magiczne zamki rozsiane po całym kraju, liczne przydrożne hospody i to co uwielbiam najbardziej, czyli smažený sýr s tatarskou omáčkou, to przepis na udany roadtrip. Sama Praga to doskonała destynacja na weekend z szeroką ofertą atrakcji. Ale pamiętajmy też o tym, że trzy-czwarte kraju to wyżyny i góry co czyni go przyjemnym i nieoczywistym miejscem do aktywnego spędzania urlopu. Ciekawostką jest, że najwyższym szczytem Czech jest Śnieżka (1603 m n.p.m.), która znajduje się na granicy polsko – czeskiej. To też tłumaczy dlaczego najczęściej Czechów można spotkać w ubraniach trekkingowych… z piwem w dłoni, którego spożycie jest w tym kraju ogromne dzięki 600 rodzajom tego trunku i najlepiej przy wspólnym oglądaniu narodowego sportu jakim jest hokej. Hulaj dusza piekła nie ma – Czechy to najbardziej laicki kraj na świecie. 

Bez peněz, do hospody nelez

My do Czech udaliśmy się z okazji 127-lecia marki Škoda. Zanim jednak dotarliśmy do Mlady Boleslav, która była głównym celem, udaliśmy się do Narodowego Muzeum Techniki w Pradze. Instytucja ta, choć kilkukrotnie przenoszona z różnych budynków, istnieje nieprzerwanie od 1908 roku. Na gości czeka tutaj siedem pięter wypełnionych eksponatami z wielu dziedzin techniki. Dla nas co zrozumiałe najbardziej interesujący był dział Transport. I to miejsce kompletnie zmieniło naszą optykę. Czesi na przestrzeni wieków produkowali absolutnie wszystko co jeździ i lata – rowery, motocykle, samochody, samoloty, awionetki, helikoptery, balony, czego tylko dusza zapragnie. Paradoksalnie jednym z najciekawszych aut na wystawie okazała się niepozorna Tatra 87 należąca niegdyś do bardzo znanych w Czechosłowacji i ZSRR podróżników Miroslava Zikmunda i Jiří Hanzelki. W latach 1947 – 1950 odbyli liczącą 110 000km podróż przez Afrykę i Amerykę Łacińską. Publikując liczne sprawozdania z wyprawy, filmy, książki i zdjęcia Czesi stali się prawdziwymi gwiazdami. Na każdego fana dwudziestolecia międzywojennego muzeum przygotowało coś ekstra. W podziemiach na zwiedzających czeka wystawa czasowa pt.: Vavříny s vůní benzínu. Meziválečný československý automobilový sport. Zobaczymy na niej historię trzech wyścigów z okresu międzywojennego – górskiego wyścigu Zbraslav – Jíloviště, Grand Prix na torze Masaryk w pobliżu Brna i czeskiego Mille Miglia, czyli 1000 mil československých. Wyścigowe Bugatti, Javy, Aero, ta ekspozycja robi naprawdę ogromne wrażenie!